Drumsticks: ; book?; hit the drum; check it.

2006
kwiecień (5)
maj (20)
czerwiec (8)
lipiec (3)
sierpien (1)
wrzesień (2)
październik (7)
listopad (4)
grudzień (2)

2007
kwiecień (1)
maj (1)
lipiec (6)
sierpien (3)

2008
kwiecień (1)


*** Drummer Heart <3 ///


Drowning Lesson My Chemical Romance.

Lets say goodbye, the hundreth time
And then tomorrow we'll do it again.


Może jeszcze kiedyś.




komentarze [0] | sobota, 26 kwietnia 2008 / 17:41:28 |

Drummer Heart 9 - Not Suprised Kaiser Chiefs.

Wielki kawałek rozpuszczonych już przez mleko płatków śniadaniowych ześlizgnął się z łyżki po czym wpadł do miski rozlewając trochę białą substancję po blacie kuchennym. Nie minęła chwila a łyżka zaczęła niszczyć wszystkie grutki w całej misce. Gdyby spojrzeć na całą sytuację z zewnątrz widziałoby się Helen Cole siedzącą w kuchni i znęcajacą się nad swoim śniadaniem (o LOL XDDD .dop.moj) zamiast go zjeść jak każdy zwykły kulturalny człowiek. Nudziło jej się. Z wiązku z zamachami w szkole wszyscy uczniowie mieli wolne. Każdy normalnie by się cieszył, ale nie ona: i tak całe dnie ma siedzieć sama? Rodzice jej zabronili spotykać się z jednymi normalnymi ludźmi. Nie miała z kim grać. A skoro już znalazła takie osoby to teraz głupio jej jest samej babrać się w muzyce za perkusją.
Do kuchni wkroczył Mike. Dziewczyna nadal się bawiła swoim jedzeniem, które teraz już kopletnie nie wyglądało jak jadalne. Basista otworzył lodówkę, wyjął sobie zimną Coca Colę, po czym spojrzał na swoją córkę.
-Aha, już lapię- przerwał ciszę- Już wszystko rozumiem. Najpierw zwymiotowałaś do miski a następnie chcesz zjeść swoje własne wymiociny.
Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem. Co jego chory umysł tym razem wymyślił? Mężczyzna nadal stał koło lodówki a kuchnię wypełniła cisza. Helen po chwili jednak wróciła do mieszania łyżką w płatkach i wpatrywała się w szaro-niepodobną do niczego breję. Basista usiadł koło niej biorąc łyk zimnego napoju. Dziewczyna nadal znęcała się nad własnym jedzeniem.
-Doskonale wiem, że jesteś na mnie zła- zaczął od razu- I szczerze mówiąc ci się nie dziwię. Ale pomyśl co ty byś robiła na moim miejscu? Hm? Gdybyś miała dziecko, które przyjaźni się z kimś kto strzela w szkole a ty nie znasz tej zaprzyjaźnionej z nią osoby?- spojrzał na nią- Po prostu się o ciebie martwię, boję... nie znam ich...
-To już nie jest moja wina- powiedziała chłodno- Nie masz czasu na to bo grasz sobie koncerty na całym świecie.
-Uwierz mi, wolałbym spędzać czas z tobą, ale muszę pracować na życie. Dobra- odstawił puszkę z napojem- Załóżmy, że dam sobie spokój. Będę żyć wyłącznie z tych wszystkich greenday'owych gadżetów. Ale ja po prostu kocham muzykę. I chcę ją tworzyć. Poza tym, gdyby nie moje wyjazdy byś żyła na zupełnie innym poziomie.
-Ale nie o to chodzi!- dziewczyna prawie krzyknęła- Kiedy trzy lata temu było zapraszanie ojców do szkoły, by każdy na lekcji opowiedział czym się zajmuje ja jako jedyny dzieciak siedziałam w ostatniej ławce jak ta ofiara losu, która nie może nawet być taka jak reszta. Bo co złego jest w niewyróżnianiu się? Nic. A ty wtedy byłeś w Japonii. Albo w Chinach. Z resztą było dużo takich sytuacji. A dzień sportu? Hm? Z konkurencjami, w których można startować tylko i wyłącznie z ojcem. Też sama.
-Wiesz- położył jej rękę na ramieniu- Nie zawsze jest kolorowo. Często tak bywa. Ale ty przynajmniej masz rodziców. Ja nie miałem na kogo liczyć, oprócz BJ, jego rodziny oraz Cool'a. Potem doszedł Roger, Jill... no i oczywiście Kate, to znaczy twoja mama- poprawił się natychmiastowo Mike- Sama z resztą wiesz, że zawsze możesz do mnie zadzwonić. O każdej chwili dnia i nocy.
-Ale nie mogę się przytulić.
Zapadła cisza. Dirnt wypił do końca letnią już Coca Colę po czym zeskoczył ze swojego stołka.
-Chodź- rzucił- Wywal do śmieci to gówno- spojrzał na jej jedzenie- A raczej te wymiociny i chodź.
-Gdzie?- dziewczyna wstała- Gdzie?- powtórzyła.
-Jedziemy się trochę rozerwać- otworzył drzwi od kuchnii czekając aż ona przejdzie pierwsza przez próg- Mam nadzieję, że masz ochotę pograć sobie trochę w studiu.

*

Jazda była szybka. Mike doskonale prowadził samochód: szybko, gładko, luźno. Uważał by nikt mu nie wskoczył pod koła (Drań by mi zamazał cały samochód krwia, pieprzony gnojek) a przy tym potrafił rozmawiać z drugim pasażerem, rozmawiać przez telefon czy nawet coś pić. Zatrzymał się na skrzyżowaniu by przepuścić radiowóz ścigajacy jakiś inny samochód na sygnale, po czym ruszyli dalej w stronę studia nagrań. Helen dawno tam nie była: każdą wolną chwilę spędzała z paczką przyjaciół. A teraz, kiedy jej zabroniono widywać się z nimi już myślała, że będzie się po prostu obijać od kąta do kąta kompletnie nic nie robiąc. Dirnt wjechał na strzeżony parking i zaparkował na swoim miejscu w cieniu. Wyszli, mężczyzna zamknął drzwi i ruszyli w stronę budynku. Przegraczając próg od razu poczuli przyjemny chłód wydobywający się z klimatyzacji. Następnie schodami, wąskim korytarzem na sam koniec i już rozciagały się koło nich liczne studia nagrań. W trzech studiach siedziały jakieś zespoły. Widocznie cos nagrywały. Cole przypatrzyła się im. Ona na razie może tylko pomarzyć.
W końcu doszli do swojego studia. Dziewczyna weszła pierwsze po czym zajęła swoje ulubione miejsce w fotelu. Rzuciła plecak gdzieś w kąt.
-A ty co?- Dirnt stanął koło niej- Już wstawaj! Bez obijania się! Idziemy grać!- wskazał na perkusję stojącą trochę dalej- Bez takich, jasne? Rusz swoją małą dupę i już!- zaśmiał się.
Dziewczyna, mimo, iż była niesamowicie zła na swojego ojca to nie mogła nie uśmiechnąć się pod nosem. Zrobiła to w taki sposób, by Mike tego nie zauważył. Chwyciła pałeczki perkusyjne leżące na stoliku obok samej perkusji, usiadła za bębnami i czekała aż jej ojciec dojdzie razem z gitarą basową. Ten wybrał jeden z paru(nastu) gitar po czym również przyszedł. Oboje założyli sobie słuchawki, podłączyli sprzęt (w przypadku Dirnt'a) a Helen zaczęła wybijać rytm na werblu. Po chwili doszedł do tego hit hat a Mike powoli zaczął szarpać struny. Następnie zaczęli jazz'ować. Potem Helen uderzyła w talerze a Dirnt sam dał solówkę. Całość zakończyła wspólna gra obojga muzyków. W końcu wyszli z pomieszczenia służącego do nagrywania i usiedli by odpocząć. Mężczyzna wyjął jakieś zimne napoje z małej lodówki, która stała w rogu pokoju.
-Dziękuję- powiedziała dziewczyna po czym otworzyła butelkę i wzięła duży łyk cieczy. Dokładnie to samo zrobił basista.
-I jak tam gra?- rzucił po chwili- Dawno się tak nie grało, hm?- zaśmiał się. Był z samego siebie dumny.
-Właściwie to nie- odrzuciła mu perkusistka- Jakieś trzy dni temu grałam mocniej z chłopakami w garażu- na to mina Dirnt'a zmizerniała a po chwili w ogóle zniknęła mu z twarzy.
-Aha- dodał- No to spoko.
Zapadła niezręczna cisza. Młoda Cole doskonale wiedziała, że w ten sposób dokopala własnemu ojcu: nie dość, iż się nie widują tak często, to jeszcze zajęcie, które oboje uwielbiali, wprost kochali straciło już swoją moc. Mike'owi zrobiło się trochę (bardzo) głupio co było ewidentnie widać, więc mężczyzna zaczął udawać, iż sprawdza jakiś tam sprzęt koło gitar. Dziewczyna poczuła się nie fair.
-Przepraszam- powiedziała stojąc nad nim, gdy ten sprawdzał podstawki, na których stały wszystkie gitary- To było z mojej strony nie miłe.
-Po prostu powiedziałaś prawdę- rzucił oschle przez ramię- Prawda nie zawsze jest miła.
-Więc może od razu powiedz mi czego ty ode mnie tak w ogóle oczekujesz, co?- zdenerowała się- Dobra, o ile mogę zrozumieć to, że nie ufasz moim znajomym bo jeden z nich zaczął strzelać w szkole, to totalnie nie potrafię pojąć tego, iż nawet nie próbujesz ich poznać. To naprawdę miłe chłopaki...
-Och, Helen, daj spokój, okay?!- prawie krzyknął. Wstał, wyprostował się- Prawda jest taka, że to nie jest towarzystwo dobre dla ciebie! Może było jeszcze pewien okres temu, ale nie już teraz, nie po tym co się stało! Teraz dopiero zacznął się kłopoty a ja nie chcę byś się w to mieszała! Po prostu nie chcę by problemy innych ludzi zniszczyły ci życie, dobra?!- odwrócił się do niej plecami i zaczął coś tam znowu ustawiać. Dziewczyna doskonale wiedziała, że udaje. Łzy cisnęły jej się do oczu. Znowu.
-Może chociaż ich poznasz, co?- dodała, chociaż doskonale wiedziała, iż z tego powodu zaraz, za chwilę może rozpocząć się wcale nie mała kłótnia. Zapadła cisza. Mike intensywnie myślał. Czy ma się zgodzić na to. Czy w ogóle powinien, czy w ogóle jest tego jakikolwiek sens. Spojrzał w oczy córki.
-No dobrze- powiedział- Poznam ich. Pytanie tylko kiedy i jak.
-Okay- starała się powstrzymać swoją cichą wewnętrzną radość- Może za tydzień. I tutaj. W studniu nagrań. Hm?
-Dobra, niech będzie- skinął głową- Ale pamiętaj: robię to tylko...
-... ze względu na mnie, tak, wiem, dobrze- przewróciła oczami dokańczając za niego.
-Wcale nie- przerwał jej na co dziewczyna się zdziwiła- Ze względu na samego siebie i swój święty spokój.
-Nie musisz się bać kiedy będę z nimi, naprawdę.
-Co? A kto tutaj mówi o tym, że pozwalam ci na włóczenie się z nimi, hm? Poza tym chodzi mi o to byś mnie już nie męczyła na ten temat.
Zapadła cisza. Po chwili oboje roześmieli się. Dirnt ją przytulił jak małe dziecko, które boi się burzy.
-Hej, wszystko będzie dobrze, dzieciaku- rzucił- Zobaczysz.
-Wiem, tato- uśmiechnęła się- Wiem.





komentarze [5] | sobota, 25 sierpnia 2007 / 16:36:37 |

Drummer Heart 8 - Better Days The Goo Goo Dolls.

Helen zaczekała aż Kate i Mike pójdą w końcu spać. Miała zamiar wymknąć się w ciemną oraz ponurą noc by spotkać się z Travis'em: chciała go uprzedzić o faktcie, iż jej rodzice zabronili jej się z nimi zadawać, ponieważ ich tak naprawdę nie znają. Chce także powiedzieć, że ją to nie obchodzi i, że nie zrezygnuje z tak dobrze zapowiadającej się przyjaźni a sytuacja dotycząca głównie Trevor'a nie zmieni jej odczuć do całej paczki przyjaciół.
Tak więc leżała w swoim łóżku udając, że śpi. Pod kołdrą była ubrana, gotowa do wyjścia. Czekała tylko na dobry moment bvy wymknąć się z domu a potem rzucić się biegiem na autobus, który zapuszcza się w dzielnicę, gdzie mieszkali Smith'owie. Usłyszała kroki koło drzwi. Zacisnęła mocno powieki. Ktoś wszedł a po chwili usiadł na jej łóżku. Wyczuła, że to Mike. Ten delikatnie podgłaskał ją po policzku jak małe dziecko. Gdyby otworzyła oczy i go zobaczyła, dostrzegłaby mężczyznę o zatroskanej minie.
-Kiedyś zrozumiesz- powiedział cicho, jak gdyby chciał bardziej siebie uspokoić niż młodą perkusistkę- Dobrych snów, kochanie- pocałował ją w policzek, przykrył badziej kołdrą (tutaj Helen trochę się przestraszyła, iż ojciec zobaczy, że dziewczyna jest całkowicie ubrana). Po chwili zgasił światło i wyszedł z pokoju cicho zamykając drzwi tak by nie zbudzić dziewczyny. Ta odetchnęła z ulgą, gdy jego kroki zlały się wraz z ciszą.
Około pierwszej w nocy wszystko ucichło. Wszystkie światła zostały pogaszone a Kate i Mike spali w swojej sypialni. Młoda Cole założyła buty, założyła swój plecak na plecy, po czym bardzo szybko, lecz cicho wyszła z domu. Zbiegła po schodach ostrożnie tak, by nie natknąć się na żadnego z sąsiadów. Na samym dole wpadła na Stanley'a. Ten był mocno zdziwiony.
-A panienka Cole dokąd się wybiera?- zaniepokoił się staruszek- Jest już po pierwszej w nocy! Czy rodzice panienki wiedzą o tym?
-Nie- powiedział twardo Helen jak jej tatuś- Ale nie mogą o tym wiedzieć Stanley... proszę...- spojrzała na niego- To ważne. To bardzo ważne.
Stanley się zaczął zastanawiać.
-Zaczekaj- powiedział- Pojedziesz taksówką. Nie pozwolę na to by młoda dziewczyna tułała się po mieście w nocy. Grasują tutaj niebezpieczne typki- stanął na skraju ulicy po czym gwizdnął widząc jadącą takstówkę- Taksówką też wrócisz- spojrzał na nią- Masz mój numer telefonu. Jak będziesz chciała wracać zadzwonisz do mnie a ja wyślę do ciebie kolejną, zrozumiano?- dodał stanowczo.
Helen nie wiedziała czy ma się rzucić staruszkowi na szyję ze szczęścia. Zrobiła by na pewno za dużo hałasu.
-Dziękuję ci!- pocałowała go w policzek kiedy wsiadała do żółtego samochodu- Nigdy ci tego nie zapomnę! Jestem twoją dłużniczką!
Po chwili już jechała takstówką w stronę osiedli. Kiedy dojeżdżała do skrzyżowania przygotowała sobie pieniądze by zapłacić za wszystko. Taksówkarz zatrzymał się przed wjazdem na teren domków jednorodzinnych. Dziewczyna zapłaciła i pożegnała się życząc dobrej nocy. Potem już rzuciła się biegiem przez osiedlę by jak najszybciej porozmawiać z Travis'em i by jak najszybciej wrócić do domu tak, by jej rodzice nie zobaczyli jej zniknięcia.
Dobiegła do domu Smith'ów. Wlazła na drzewo, które rosło koło okna Travis'a. W ręce trzymała parę małych kamieni. Zaczęła nimi rzucać by obudzić chłopaka. Ten chyba nie spał, ponieważ główne światło szybko się zapalił a Travis od razu otworzył okno. Dziewczyna źle wymierzyła wszystko czasowo i trafiła go jednym z kamieni.
-Au!- jęknął cicho młody basista i na chwilę zniknął z pola widzenia dziewczyny- Co jest grane? Helen?- wyprosotował się zdzwiwiony- Co ty tutaj robisz?
-Musimy porozmawiać- rzuciła od razu- Teraz. Natychmiast.
-Jasne- skinął głową- Wchodź- zrobił jej miejsce w oknie- Podaj mi rękę, pomogę ci.
Cole wlazła do środka. Jeszcze nigdy przedtem nie była w pokoju Travis'a. Ale, jako brat Trevor'a gusta mieli naprawdę bardzo podobne. Nie wiadomo było kto z braci ma większy bałagan.
-Co jest grane?- usiedli na jego łóżku- O co chodzi?
-Rodzice zabronili mi się z wami spotykać- powiedziała od razu. To uderzyło w chłopaka- Ale chodzi o to, że ja chcę. W końcu jesteście moimi przyjaciółmi. A Trevor taki nie jest... przecież sam wiesz najlepiej- dodała- Oni się po prostu o mnie boją...
-To jest zrozumiałe...- Travis skinął głową- Nie dziwię się im. Sam pewnie bym tak postąpił... a... rodzice byli na policji. Rozmawiali z glinami. Nie wygląda to za ciekawie- spuścił wzrok- Rozmawiali z Trevor'em... krótką chwilę, ale rozmawiali. Jest cholernie przerażony wszystkim, to widać, lecz... hmmmm... jakby to określić... jest cholernie przerażony tym wszystkim, ale cholernie też opanowany. Naturalnie będzie stawał przed sądem a my z Kevin'em będziemy świadkiami. Ty z resztą też- spojrzał jej w oczy- W końcu rozmawiałaś z nim, gdy tam w stołówce trzymał broń w rękach.
-Jasne- powiedziała- To normalne. A kto go będzie bronić?
-Adwokat, przyjaciel rodziców- dodał Travis- Ale boję się o to w jaki sposób będzie traktowany Trevor jak stąd wyjdzie... wiesz... nie tylko otoczenie, lecz także i rodzice. Na przykład tata... nie chcę by ten go zaczął traktować jak śmiecia, ofiarę... no wiesz- posłał jej spojrzenie- By nie dał mu więcej dyscypliny, ponieważ to i tak nic nie da...
-Zobaczysz- położyła mu rękę na ramieniu- Będzie dobrze. Uda się. W końcu nadejdą te lepsze dni. Dla nas wszystkich.



komentarze [0] | poniedziałek, 13 sierpnia 2007 / 10:37:29 |

Drummer Heart 7 - Trust Me The Fray.

Siedzieli w garażu na starej, poszarpanej przez ich psa kanapie pośród starych gratów oraz w totalnej pół ciemności. Nikt nic nie mówił. Po prostu byli tam razem pośrodku głuchej ciszy. Kevin gapił się na jakiś plakat swojego ukochanego zespołu, trzymając w dłoniach puszkę z Coca Colą i co chwilę biorąc orzeźwiającego łyka. Travis miał spuszczoną głowę. Także trzymał puszkę, lecz w jego rękach ona drżała. Nie mógł pić. Był przerażony. Jego młodszy brat wszedł do szkoły z bronią. Helen usiadła pomiędzy dwoma chłopakami. Nic nie piła. Bała się też odezwać.
-Czy policja- przerwał ciszę Kevin- Już z wami rozmawiała?
Travis skinął głową.
-Ale niczego się nie dowiedzieli- dodał po chwili- Ja wróciłem do domu, rodzice tam siedzą dalej... kurwa....
Wziął łyk zimnego napoju. Kiedy wszystko już wypił odstawił puszkę na stolik. Nie mógł w to uwierzyć. Dlaczego nie zauważył dziwnego zachowania swojego brata? I co mu mogło odbić, by robić coś takiego? Przecież Trevor nigdy nie był agresywny, nie znęcał się nad innymi. Nigdy nie brał udziału w bójkach.
-Co tam zaszło?- zachrypiał najstarszy ze Smith'ów patrząc się w oczy Helen- Byłaś tam. Tam na dole, w stołówce. Czy on tam... strzelał? Krzyczał coś? Co mówił i jak się zachowywał?- chciał koniecznie wiedzieć jak zachowywał się jego brat. Nie mógł się z nim teraz zobaczyć. Policja mu nie pozwoliła.
Dziewczyna się zastanowiła. Starała sobie wszystko przypomnieć. Każdy szczegół stołówki, krzesło, rozwalone stoły, rzeczy pozostawione podczas chaotycznej ucieczki uczniów. stojący Trevor w pustym pomieszczeniu. Trzyma w rękach broń.
-Czy ja wiem...- intensywnie myślała- Zachowywał się trochę... spokojniej niż zwykle. Był opanowany. Nic nie krzyczał, nie strzelał. Tam nikogo nie było. Potem rozmawialiśmy... Travis, oni go gnoili- nie wytrzymała- Znęcali się nad nim fizycznie i psychicznie. On chciał się zemścić... mówił mi, że nie chce nikogo zabić. Że chce ich tylko wszystkich nastraszyć...
-Dlaczego nam nie powiedział?- nagle odezwał się Kevin- Przecież byśmy mu pomogli...
-Nie wiem- przerwała mu młoda perkusista- Nie mówił. Pewnie się bał... pewnie się bał, że się ośmieszy...
Usłyszeli samochód na podjeździe. To rodzice obu chłopców wrócili. Kevin oraz Helen woleli się im nie pokazywać. To nie jest chwila by pod ich nogami pętali się obcy ludzie nic nie związani z rodziną. Cichaczem wyszli drugim wyjściem przez ogród. Zobaczyli jak Travis podchodzi do rodziców a ci go przytulili.

Państwo Smith'owie wrócili z policji. Sami.

*

Było już ciemno. Kevin odporowadził Helen praktycznie pod sam dom. Dziewczyna mimo wszystko nie chciała pokazywać mu gdzie mieszka. Chłopak się nie sprzeczał. Po prostu bał się o nią, to wszystko. Pożegnali się, a potem gitarzysta wsiadł do swojego autobsu. Pojechał do domu. Dziewczyna ruszyła dalej przed siebie. W końcu doszła do wielkiego budynku. Przed drzwiami stał Stanley, który zajmował się bezpieczeństwem. Dziewczyna skinęła w jego stronę głową. Zawsze chętnie się witała z tym starszym człowiekiem, był bardzo miły, lecz teraz nie miała na to sił. Stanley zrobił dokładnie do samo. Otworzył jej drzwi.
-Dziękuję- szepnęła i weszła do środka. Następnie schodami w górę. Nie minęła żadnego sąsiada. Stanęła przed drzwiami do mieszkania. Otworzyła je kluczem, przekroczyła próg. Światło w salonie się paliło, co ją zdziwiło. To oznacza, iż ktoś jest w domu. Po chwili pojawiła się jej mama. Była cała w łzach. Kate ruszyła w stronę córki. Przytuliła ją. Nie miała ochoty krzyczeć na nią, że nie odbiera telefonów. Że nie dzwoni. Po chwili Helen wyczuła, iż jest ktoś jeszcze. Spojrzała przez ramię mamy. W progu stał Mike. Dziewczyna natychmiast rzuciła się w jego stronę. Ten ją mocno obiął, przytulił.
Potem usiedli w salonie. Chcieli koniecznie wszystko wiedzieć.
-A co ja mogę wam powiedzieć...?- rzuciła- On po prostu chciał ich nastraszyć... z resztą policja też będzie chciała ze mną rozmawiać... by wszystko wytułumaczyć...
-Chcesz nam powiedzieć, iż stałaś koło niego kiedy ten miał broń?- Kate nie mogła uwierzyć w to, że jej córka była tak blisko zamachowca. Przecież mogła zginąć. Kto wie co takiemu przyjdzie do głowy.
-Tak- odpowiedziała- Nawet siedzieliśmy koło siebie by porozmawiać... on nie miał złych zamiarów, nie chciał mnie skrzywidzić, powiedział mi to.
-Tak czy siak nie spotkasz się już z nimi- powiedział twardo Mike- To nie jest towarzystwo dla ciebie, Helen.
-C-co?- dziewczyna nie mogła uwierzyć w to co przed chwilą usłyszała- To jakiś absurd!- zdenerowała się- Jak to nie jest to towarzystwo dla ciebie? O co wam chodzi?
-Nie pozwolę na to, by moja córka zadawała się z takimi ludźmi!- basista nie dawał za wygraną. Bał się o nią. Cholernie się bał. Nie znał ich a po tym co się stało nie miał nawet takigo zamiaru.
-Jakbyś chciał wiedzieć to oni ani razu nie powiedzieli w moim towarzystwie słowa broń...- próbowała się wybronić z tej sytuacji.
-A kiedy ciebie nie było?- przerwała jej matka- Posłuchaj, kochanie, Mike ma rację, nie powinnaś...
-Nawet ich nie znacie!- gwałtownie wstała- Bo was nigdy nie ma! A poza tym to tylko Trevor strzelał, a nie Travis ani Kevin! Są winni temu, bo Trevor był gnojony? I miał dosyć? A gdyby to wujek Tre czy wujek Billie strzelali- starała sie zmienić temat- To też byś z nimi urwał kontakt?
-To jest zupełnie inna sytuacja. Poza tym ich znam...
-Ja też znam swoich przyajciół- powiedziała przez zaciśnięte zęby- Poza tym, gdyby Trevor chciałby mnie zabić zrobiłby to tam, w stołówce! Nie zrobił tego! Wyszliśmy stamtąd razem...! Nie chciał mnie skrzywdzić...!
-Masz zakaz spotykania się z nimi- przerwał jej chłodno Dirnt- I koniec, kropka. Bez żadnej dyskusji.
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę swojego pokoju. Łzy cisnęły jej się na oczy. Chciała płakać. Chciała wyć z bólu. Oni jej kompletnie nie potrafią zrozumieć. Nawet się nie starają. Po prostu wybierają to co dla nich jest bezpieczniejsze. I lepsze.
-Kiedy dorośniesz to zrozumiesz- powiedział Mike- Kiedy będziesz mieć swoje dzieci.
Młoda Cole go nie słuchała. Weszła do swojego pokoju. Nawet nie trzasnęła drzwiami. Nie miała już na to ani sił ani ochoty. Rzuciła się na łóżko. Starała sobie wszystko dokładnie przypomnieć. Była zmęczona. Ale bała się zasnąć. wiedziała co by wtedy zobaczyła.



komentarze [2] | poniedziałek, 6 sierpnia 2007 / 11:35:42 |

Drummer Heart 6 - From Yesterday 30 Seconds To Mars.

Stali naprzeciw siebie nie wiedząc co powiedzieć. To było niczym jeden z tych paskudnych podwójnych koszmarów - budzisz się z koszmaru po czym w rzekomej rzeczywistości dzieje się to samo co w przerażającym śnie aż w końcu naprawdę się obudzisz. I tym razem było tak samo. A może nawet o wiele, wiele, wiele gorzej.
Trevor już dawno opuścił broń - nie chciał jej skrzywidzić, była jego przyjaciółką. Ale z drugiej strony bał się do niej podejść by nie zarazić jej jakąś niewidzialną chorobą, która niszczy każdemu życie. Cole stała nadal wpatrując się w przyjaciela. Nic nie powiedziała. Bo co mogłaby powiedzieć? Dopóki nie poczuła, iż może poruszyć palcami u nóg i u rąk nic nie robiła. Po chwili jednak przemogła swój strach.
Boże, pomyślała, czego, a raczej kogo ja się w ogóle boję? Przecież to jest mój przyjaciel.
-Trevor?- powiedziała drżącym, lecz stanowczym głosem- Co ty robisz?
Chłopak przenikliwie przypatrzył się jej. Potem szybko rozglądnął się po pomieszczeniu. Dokładnie spojrzał na każde wywalone krzesło, pozostawione przez uciekajacych i bojacych się uczniów rzeczy, jedzenie, plecaki.
-A, nic takiego- rzekł po chwili- Po prostu strzelam.
Jego głos był spokojny. Nic nie zmieniony, taki jak zawsze, czy to podczas śpiewania, czy robienia sobie nawzajem głupich żartów, kawałów, dowcipów. Był tak spokojny, że aż cholernie przerażający.
-Mnie też masz zamiar zabić?- starała się panować nad sobą. Czuła, że lada chwila nie wytrzyma, rozpłacze się na środku stołówki, upadnie na kolana czekając aż ten podejdzie bliżej, wyceluje jej w głowę po czym pociągnie za spust.
-C-co?- teraz chłopakowi głos zadrżał- Nie!- prawie krzyknął- Ja nie mam zamiaru nikogo zabić! A na pewno nie ciebie!
-Co-o?- Helen nie mogła w to uwierzyć- To po co to wszystko robisz? Dlaczego strzelasz w szkole?
-Bo...- zaczął- Ech. Usiądźmy. Wytłumaczę ci to.
Chłopak podniósł dwa krzesła z ziemi i usiadł na jednym. Czekał, aż dziewczyna zrobi to samo. Cole podesz, ostrożnie oraz powoli po czym również usiadła koło niego.
-Nie mam zamiaru nikogo zabić- powiedział- Wchodząc tutaj- znowu rozglądnął się po pomieszczeniu- Wchodząc do tego budynku nie miałem zamiaru nikogo zabijać. Ja chciałem... ja chciałem- urwał- Ja chciałem ich po prostu nastraszyć. Udawać, pokazać, że jestem zdolny by się zemiścić... bo...- zamilkł.
-Zemścić?- powtórzyła młoda perkusista- Za co...?
-Za gnojenie mnie- spojrzał jej w oczy- Ty nie wiesz jak to jest być wrzucanym do kosza na śmieci przy wszystkich. Kiedy ci głowę wsadzają do kibla. Włamują do szafki i wszystko rozwalają- spuścił wzrok.
Helen nie wiedziała co ma powiedzieć. Dopiero teraz dotarło do niej, że Trevor wcale nie jest żadną przebojową osobą, taką jak ona, czy jego brat, czy też Kevin. Że jest zupełnie zwykłym chłopakiem. Zwykłym dzieciakiem. Smutnym dzieciakiem.
-Boże...- powiedziała cicho- Trevor... nigdy nam o tym nie mówiłeś. Dlaczego nam nie powiedziałeś?!- była zła. Wkurwiona. Serdecznie artystycznie wkurwiona.
-A co? Stanęlibyście w mojej obronie?- zaśmiał się.
-Tak!- rzuciła- Stanęlibyśmy! Wspieralibyśmy cię!
Zerwała się z miejsca przewracając krzesło. Zaczęła chodzić dookoła jak gdyby szukała dodatkowego wyjścia, jakiejś opcji ratunkowej na tonącym okręcie. I po chwili dotarło do niej, że największą ofiarą całego tego zajścia jest właśnie najmłodszy z Smith'ów. Siedział na swoim krześle ze spuszczoną głową. Dziewczyna podeszła do niego i go przytuliła.
-Wyjdziemy z tego razem- powiedziała- Zostaw tutaj broń i wyjdziemy stąd.
-Okay- powiedział chłopak. Wstał. Rzucił plecak na ziemię. Odłożył karabin koło swoich rzeczy, odłożył wszystkie trzy pistolety, które miał ze sobą- Chodźmy stąd.
Chwyciła go za rękę. Trevor bardzo dziwnie się poczuł. Spojrzał na nią. Zaczęli iść przed siebie. Najpierw schodami do góry a następnie korytarzem. Dookoła były wszędzie porozrzucane zesyty, książki, kartki.
-Wiesz co?- zagadał wpatrując się przed siebie- Boję się. Bardzo boję się.
-Wyjdziemy z tego razem, zobaczysz- cicho go uspokoiła- Wszystko wytłumaczymy...
-Nie- przerwał jej- Ja to wytłumaczę. Ty nic nie wiesz. Nie mam zamiaru cię w to mieszać.
Usłyszeli pierwsze syreny radiowozów. Stanęli przed głównym wyjściem. Drzwi były zamknięte.
-Gotowy?- spojrzała na niego.
On spojrzał na nią.
-Tak.
Razem popchnęli drzwi a ich twarze zalały promnienie światła słonecznego. Wszędzie była policja, karetki pogotowia. Funkcjonariusze byli mocno zdziwieni kiedy zobaczyli dwójkę dzieciaków u szczytów schodów. Kompletnie nie mieli zielonego pojęcia co robić. Trevor i Helen powoli zaczęli schodzić po schodach. Powoli, lecz stanowczo.
Po chwili podbiegło do nich trzech policjantów.
-Hej!- powiedział najwyższy z nich- Szybko biegnijcie tam- wskazał miejsce, gdzie byli skupieni wszyscy uczniowie oraz karetki- Napastnik może czaić się przy oknach i może strzelać...
-Nie- Trevor mu przerwał- Napastnik nie będzie strzelać. Nie ma go tam.
-Skąd wiesz?- drugi policjant na niego spojrzał- Nie mamy pewności...
-Mamy pewność- młody gitarzysta mu przerwał- Bo ja jestem tym napastnikiem.
Funkcjonariusze nie wiedzieli co mają powiedzieć. Stali jak wryci.
-Czy to jest jakiś głupi żart?- spojrzeli groźnie na dwójkę dzieciaków- To nie jest do cholery śmieszne.
-Wiem- Trevor nadal się upierał- To byłem ja.
Po chwili Cole i Smith poczuli, że ich dłonie się puszczają i każde z nich odchodzi w drugą stronę. Dwóch policjantów chwyciło młodego chłopaka i zaczęli go prowadzić w stronę radiowozów. Trzeci policjant trzymał Helen i ją odprowadzał w stronę uczniów, którzy skupili się koło lekarzy. Młodzi patrzyli sobie w oczy jak gdyby widzieli się po raz ostatni w życiu. Czuli, że właśnie coś się kończy a lada chwila oboje zaczną nowy rozdział w swoim życiu. Wstaje nowy dzień.
Trevor się do niej lekko uśmiechnął. Sam uśmiech mówił nie martw się. Ze mną będzie wszystko w porządku.
Chłopak wsiadał do samochodu. Policjant przytrzymał mu głowę, jak to procedury nakazują. Po chwili radiowóz odjechał a w dziewczynie coś pękło.
-NIE!- usłyszała za sobą głos. Odwróciła się. To Travis krzyczał i szarpał się z polcjantami. Chciał podejść do brata, kopnąć go, uderzyć, nawrzucać mu, ze jest debilem, kretynem, jego ukochanym bratem, uścickać go, przytulić- TO MÓJ BRAT!- nadal się szarpał.
Czas się zatrzymał. Dziewczyna rozglądnęła się dookoła. Wiele osób płakało. Ale przecież nikt nie zginął. I tak ma wyglądać przyszłość?, pomyślała. Natychmiast przypomniała jej się piosenka zespołu P.O.D. zatytuowana Youth Of The Nation.

Stała po środku tego wszystkiego. Sama.



komentarze [1] | poniedziałek, 23 lipica 2007 / 22:33:17 |

Drummer Heart 5 - The Kill 30 Seconds To Mars.

Kevin parsknął śmiechem. Starał się ukryć swój uśmiech za książką do historii. Zgiął małą karteczkę i odrzucił ją w stronę Cole, która była pomysłodawcą na kolejny żałosny oraz mało ambitny dowcip. Lekcja była tak nudna, że paczka przyjaciół sama musiała coś wymyślić by nie umrzeć z nudów. Teraz była kolej Travis'a, który chciał być oryginalny i wykonał rysunek przedstawiający nauczycielkę matematyki w głupiej sytuacji.
Historyczka obejrzała się za siebie podczas pisania jakiś tam dat na tablicy. Tylne ławki na chwilę sie uciszyły by nie wywoływać wilka z lasu. Kiedy ta znowu zaczęła coś pisać młoda perkusista wykonała jakieś dziwne gesty w kierunku historyczki a Kevin o mało co nie spadł z krzesła.
Po chwili roległy się dziwne odgłosy na korytarzu. Czyjeś krzyki. Cała klasa się zaśmiała. No tak. Koniec roku szkolnego. Nie ma to jak stara dobra tradycja. Najstarsze klasy, które kończą edukację zawsze robią jakiś dowcip reszcie szkoły. Lecz słuchając tych odgłosów nikt nie miał kompletnie zielonego pojęcia co mogli wymyślić i tym razem.
-Zostajemy na miejscach- powiedziała nauczycielka a sama podeszła do drzwi by wyglądnąć przez nie. Postanowiła wyjść by przejść się korytarzem i dowiedzieć się co jest grane.
Helen spojrzała na drzwi po czym machnęła w ich stronę ręką. Cała paczka znowu zaczęła się śmiać i żartować. W klasie zaczęło być coraz głośniej. Rozległy się śmiechy. Historyczka długo nie wracała.
Po chwili rozległ się bardzo dziwny odgłos. Strzał. Strzał z broni palnej. Parę osób cicho krzyknęło. Travis'owi serce podeszło do gardła. Kevin poczuł jakby ktoś wsypał mu do żołądka wiadro lodu. W jednej chwili połowa klasy rzuciła się do ucieczki natomiast druga weszła pod ławki, jak to byli nauczani od lat przedszkolnych.
Perkusista, gitarzysta oraz basista wyskoczyli na korytarz. Wszyscy biegali jak obłąkani. Totalna panika. Agonia.
-Co robimy?- wrzasnęła dziewczyna starając się przekrzyczeć resztę uczniów. Ktoś ją popchnął i ta wpadła na szafki szkolne. Szybko jednak podszkoczyła w stronę chłopaków, a ci ją przytrzymali blisko siebie.
-Nie mam pojęcia... kurwa... to musi być jakiś koszmar- krzyknął Kevin- Nie mamy czasu! Musimy teraz ustalić co robimy! Do wyjścia?!
-Tak...!- dziewczyna powiedziała. Już mieli iść, lecz Travis ani drgnął.
-Nie!- powiedział szybko i spojrzał na przyjaciół- Trevor!
Nikt się nie ruszył z miejsca. Boże, jak mogli być tacy głupi! Oczywiście, że jeszcze został Trevor!
-Ja idę go szukać...- zaczął najstarszy Smith.
-Nie- przerwał mu Kevin- Nie rozdzielamy się! Idziemy razem go szukać! Co on teraz powinien mieć?- spojrzał na Travis'a.
Chłopak zaczął się zastanawiać. Próbował sobie przypomnieć jak wygląda plan zajęć jego młodszego brata. W-f... nie, to we wtorki, dzisiaj jest środka. Historia.... biologia... ale babki nie ma... w takim razie była redukcja... matematyka...
-Matematyka!- krzyknął- Drugie piętro! Idziemy!
Wszyscy chwycili się najwazjem i ruszyli w stronę schodów. Stamdąd dopadła ich lawina uczniów. Cole się potknęła. Travis ją puścił. Kevin chwycił się barierki schodów by nie zostać zrzucony przez uciekającą młodzież. Dziewczynę porwał tłum pędzonych na ośleb ludzi.
-HELEN!- wrzasnął Smith- HELEN!
-HELEN!- darł gardło Kevin starając się odwrócić by cokolwiek zobaczyć- COLE! HELEN COLE!
Młoda perkusista by nie zostać stratowaną musiała biec zgodnie z tłumem. Nawet jeśli biegli wprost na agresora. Po chwili dostrzegła drugie schody, całkiem puste. Prowadziły one biblioteki. Stamtąd mogła bez problemu dostać się do stołówki. Potem drugimi schodami do sali matematycznej dla młodszych klas. Dziewczyna ostro skręciła dając jednemu chłopakowi z pięści by ten ją puścił a drugiemy dając tak zwanie z glana. Podskoczyła w stronę schodów a po chwili zbiegała już po stopniach uważając by się nie potknąć.

Była sama.

*

Wbiegła do biblioteki. Dookoła były powywalane książki a nawet jeden z komputerów. Cisza. Nikogo tam nie było. Na początku szła ostrożnie. Wolno i ostrożnie, lecz po chwli zaczęła przyśpieszać kroku. W końcu zaczęła biec. Skręciła pomiędzy regałami. Zatrzymała się koło książek biologicznych. Wyjżała zza rogu by mieć pewność, iż nikt nie ma tam napastnika, który bez problemu mógłby ją postrzelić, gdyby ta wyskoczyła nagle bez zastanowienia się. Nikogo nie było. Zaczęła bieć dalej starając się nie robić przy tym za dużo hałasu. W końcu dobiegła do stołówki.
Wszystkie krzesła były powywalane. Jedzenie na stołach dalej leżało, plecaki oraz torby uczniów zostały zostawione. Bała się wyobrazić sobie co mogło się tutaj stać. Cicho zaczęła iść. Lecz po chwili zobaczyła jakąś postać stojącą pomiędzy stołami. Był to bez wątpienia chłopak. Był obrany cały na czarno, miał wojskowe buty. Czapkę na głowie udwruconą daszkiem do tyłu. Czarną. Na plecach miał plecak z amunicją. W rękach trzymał broń. Karabin. Helen stanęła jak wryta. Nie mogła oddychać. Nie mogła się ruszyć.
Chłopak natychmiastowo odwrócił się celując do niej. Wystarczył jeden strzał. On również stanął jak wryty.
Zaczęła dzwonić komórka dziewczyny. Dzwonił zaniepokojony Travis. Młoda perkusistka odebrała. Wiedziała już co ma powiedzieć.
-Travis- zaczęła drżącym głosem- Znalazłam Trevor'a.



komentarze [4] | niedziela, 22 lipica 2007 / 19:28:56 |

Drummer Heart 4 - Dumpweed Blink 182.

Dzisiaj (albo jutro, z resztą fuck it) wyjeżdżam na parę dni. Powinnam być pod koniec tego tygodnia. Jako, iż tam na pewno nie będę mieć dostępu do internetu nie spodziewajcie się żadnej notatki z zaskoczenia ^^. Serdecznie pozdrawiam, mam nadzieję, że nowa część się wam spodoba i życzę miłego tygodnia! ^_________^ i baaaaj! jak to mówi moja dobra znajoma.

_______________________________________________

-Dobra- powiedział Travis- Więc robimy tak: Trevor podchodzi do babki i prosi o Super Hiper Cool Max Hamburger Zestaw*. Jak babka powie, że takiego nie ma Trev odchodzi a po chwili ma podejść Helen, która poprosi o dokładnie to samo.- cała paczka przyjaciół stała przed McDonald'em- Potem- kontynuował nadal- Wchodzi Kevin i historia się powtarza. No a na koniec ja- basista się uśmiechnął- Ale pamiętajcie o odstępach czasowych by się nie zorientowali.
-Dobra- odrzekł Trevor- Wchodzę- ruszył w stronę drzwi. Reszta schowała się za kioskiem, który stał niedaleko McDonald'a. Cała paczka doskonale widziała najmłodszego Smith'a, który podchodzi do kasy i z poważną miną prosi o Super Hiper Cool Max Hamburger Zestaw. Widać jak babka jest zdziwiona. Coś mu odpowiada. Chłopak skinął głową, grzecznie się pożegnał po czym wyszedł. Mineły z trzy minuty po czym wrócił do przyjaciół.
-Joł- uśmiechnął się- Tak jak się tego spodziewaliśmy. Teraz Helen.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech po czym ruszyła w stronę fast food'u. Przekroczyła próg drzwi, podeszła do kasy, poprosiła o wymyślony przez siebie oraz swoich przyjaciół zestaw. odpowiedź ze strony sprzedawczyni była taka sama. Cole grzecznie powiedziała do widzenia, po czym wyszła. Odczekała chwilę nim wróciła do grupy przyjaciół.
-Teraz ty Travis- wszyscy się zaśmiali. Basista udał, że bierze głęboki oddech. Ruszył przed siebie, przepuścił kobietę z dzieckiem, która chciała również wejść przytrzymując jej drzwi. Podszedł do kasy. Widać było, iż dziewczyna, która przyjmowała zgłoszczenia już jest tym zmęczona, lecz póki co nie zorientowała się, że jest to dowcip całej grupy osób. Pięć minut później Travis był już z przyjaciółmi.
-Kev- uśmiechnął się podchodząc do paczki przyjaciół- Teraz twoja kolei. Idź i walcz!- poklepał go po ramieniu. Ten ruszył natychmiast. I miał pecha, bowiem dziewczyna już mniej przyjemnie mu odpowiedziała, iż owego zestawu nie ma.
-Jejciu- odrzekł wracając- Bez poczucia humoru jest ta dziewczyna.
-Zaraz- Travis wystartował do przodu. Podbiegł w stronę McDonald'a, przebiegł przez próg aż do kasy.
-No to niech będą już te cztery hamburgery- zaśmiał się.
Babka go pogoniła.
-Myślałem, że mnie zabije- opowiadał im po drodze- Miała przynajmniej taki zamiar. Ale musicie przyznać, że niezły numer?
-Taaa- uśmiechnęła się młoda perkusista- Zapewne twój?
-Nie- odrzekł Travis- Od jakiejś dziewczyny... kiedyś z nią gadałem na chat'cie. Mniejsza z tym. Co teraz robimy? Hm? Kev? Trev? Hel?
-A co ty masz z tym skracaniem imion?- ucięła mu dziewczyna- Kev, Trev...
-Nawet do rymu- dodał Kevin.
-Ej, nie róbcie ze mnie geja- udał Trevor- Nic do nich nie mam, to spoko ludzie, ale ja nie zmieniam swojej orientacji...
-Ojć! Biedne małe emo!- rzuciła Cole- Tylko się nie potnij linijką!
-Arghhh!- krzyknął młody gitarzysta- Nikt mnie nie rozumie!
-Przepraszam- Kevin spojrzał na Trevor'a- Nie zrozumiałem cię. Czy możesz powtórzyć?
Wszyscy zaczęli się śmiać. Cała czwórka ruszyli chodnikiem robiąc głupie miny a następnie patrząc się na reakcję mijających ich ludzi zanoszcząc się przy tym teatralnym głośnym śmiechem. W końcu doszli do wymarzonego sklepu: muzycznego z intrumentami. Za szybą spoczywała obfita perkusja, obok trzy gitary elektryczne oraz cztery basowe.
-Wchodzimy?- Trevor obserwował wzmacniacze stojące dalej. Już pewnie się zastanawiał jak jego gitara brzmiałaby, gdyby była podłączona do jednego z nich.
-No co ty- rzucił Travis- Od razu nas stamtąd wywalą...
-Wiecie co?- dodała Helen- Chodźmy stąd...
-Nie, co wy ludzie?- Kevin nie dawał za wygraną- Wchodzmy!
-Dajcie spokój...- Cole jednak nie chciała tam wchodzić. Była tam tysiące razy z tatą, bała się, że sprzedawca ją wyda przed chłopakami. Ale nie udało jej się przekonać ich, gdy Travis zorientował się, iż i tak zrobili dzisiaj tyle idiotyzmów, więc we wte czy we wte nie zrobi im już zbytnio wielkiej różnicy. Weszli do środka. Mały dzwoneczek wiszący przy drzwiach zadzwonił. Za ladą pojawił się wysoki mężczyzna o czarnych włosach. Uśmiechnął się do paczki.
-Pomóc w czymś?- podszedł bliżej. Kevin, Travis oraz Trevor byli tym mocno zdziwieni: zwykle byli traktowani jako intruzi, którzy chcą tylko obmacać sprzęt, zwłaszcza ten najlepszy a tutaj sprzedawca miło i z uśmiechem spytał ich się czy potrzebują pomocy. Dziwna sprawa.
-N-nie- powiedział Trevor- Tylko oglądamy...
-W porządku- dodał sprzedawca nadal się uśmiechając- Jakbyście potrzebowali pomocy będę przy wzmacniaczach- i odszedł w stronę wielkich czarnych wzmacniaczów Marshall'a.
-Boże- szepnął Kevin- Czy my jesteśmy na jakiejś innej planecie czy co?
-Cicho- rzekł jeszcze ciszej Travis- Mi to tam nie przeszkadza.
-Dobrze jest ludzie- uśmiechnął się Trevor- Rozglądajcie się póki możecie. Chodźmy zobaczyć gitary, potem perkusję a następnie wzmacniacze. No i miksery!- rzucił się w stronę gitar.
Szybko przeszli wszystkie działy (Cole ich poganiała - Helen, co z tobą?, Nic, po prostu chcę już stąd wyjść). Po chwili podskoczył do nich znowu Trevor. Miał szeroki uśmiech na twarzy.
-Ej! Ludu Duloc!- zaśmiał się- Miksery i sprzęty do nagrywania są w zniżce! Może sobie sprawimy taki komplet? Byśmy się złożyli...
-Hej, wcale nie taki głupi pomysł- dodał Kevin- Czemu by nie? Zagadamy do sprzedawcy o co chodzi z tą promocją. A jak nie kupimy w ogóle to przynajmiej będziemy mgli wejść tutaj jeszcze raz i nie wezmą nas za intruzów.
Po chwili sprzedawca sam się odnalazł. Grzecznie odpowiedział im na ich wszystkie pytania. Dodał, że jeżeli kupuje się mikser, sprzęt do nagrywania plus coś jeszcze dodatkowego, gitarę, wzmacniacz w tym momencie dostają jeszcze większą zniżkę. Pokazał im wszystko co posiadał w sklepie, tłumacząc przy tym jak wygląda orpogramowanie. Na koniec zostawił im wizytówkę z numerem telefonu, adresem sklepu, pocztą e-mail'ową oraz stroną internetową całej sieci ich sklepów. Uprzejmie się z nim pożegnali. Helen cieszyła się, że sprzedawca jej nie wydał. Już byli przy wyjściu.
-Cześć, Mała!- rzucił jej na odchodnę po czym jej pomachał.
Paczka przyjaciół wyszła, poszli kawałek chodnikiem, po czym Kevin zwrócił się do niej.
-Mała?- zaczął- O co temu facetowi chodziło? Zboczeniec jakiś czy coś...?
-Nie mam kompletnie zielonego pojęcia- ucięła mu- Chodźmy dalej...
-Jak chcesz możemy mu sprawić niezłe lanie- Travis nie dawał za wygraną.
-Ej, zaraz, zaraz, zaraz!- przerwał im Trevor- Pamiętacie pałeczki perkusyjne Helen? Tam byl napis Mała. Może chodzi o to?
-Tak!- Cole wpadła na pomysł- W tym sklepie kupowałam te pałeczki, całą linię Zildjian'a. Ale mniejsza o to. Idziemy gdzieś teraz?
W sumie to nie było to kłamstwo. Prawie prawda.
Ale przecież takie małe kłamstewko nie zrobi nikomu krzywdy., pomyslała kiedy Trevor pakował się do wielkiej skrzynki na listy by przestraszyć wrzucających pocztę*.

wtedy jeszcze nie wiedziała jak bardzo się myli.

__________________________________________________

*Super Hiper Cool Max Hamburger Zestaw - jego pierwowzorem była guma do żucia o smaku czekolady z nutką banana i mięty wymyślone of kors przez Zildjian. Cały dowcip polega na wymyśleniu jakiegoś produktu a następnie pytanie się sprzedawcy czy owa rzecz jest w sklepie/restauracji/barze/itp. UWAGA! Dowcip jest do wykonania tylko, gdy jest większa liczba osób. Najlepiej cztery osoby.


*Numer ze skrzynką - pomysł Zildjian, prace nad jego wykonaniem są w toku.



komentarze [3] | niedziela, 15 lipica 2007 / 10:41:40 |

Drummer Heart 3 - Weatherman +44.

Jakiś drań zabrał jej pałeczki minutę przed wejściem na scenę. Myślała, że szlag ją trafi. Czyżby fan? Nie... aż tak sławna to ona nie jest. Raczej przykuła złodziejaszka czcionka, znajdująca się na pałkach: Zildjian. Wszyscy byli już gotowi. Kiedy w końcu znalazła już zapasowe pałeczki z opóźnieniem weszła na scenę, po czym usiadła za sprzętem. Zaczęła grać. Wszystko szło w porządku. Już bez większych problemów. Nagle okazuje się, iż w momencie, w którym powinna walnąć w talerze ich nie ma. Śmiechy publiki. Złośliwe śmiechy.
Co, kurwa jest?, pomyślała, Przed chwilą tutaj były...! Nie wiedząc czemu Mała nadal grała, a nie jak podpowiadał jej instynkt, przestać grać, zorientować się co się tak naprawdę tutaj dzieje. Nie przerwała wybijania rytmu. W końcu, nie wiadomo skąd wróciły talerze. Jedna sekunda. Jedno spojrzenie i już są z powrotem. Teraz czas uderzyć w werbel, następnie w kocioł dwie szesnastki... nie ma ich. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Siedziała na czarnym, skórzanym stołku, lecz perkusja zniknęła. Ale jak...? Stołek też znikął a dziewczyna zaczęła spadać w dół... wolno spada w dół, by wszyscy widzieli jej porażkę...
Helen rzuciła się na łóżku po czym otworzyła szeroko oczy. Szybko usiadła, rozglądając się po swoim pokoju: nic się nie zmieniło. Sterta książek nadal leżała na biurku koło laptopa, płyty porządnie poukładane, dwa statywy z talerzami niedaleko drzwi. Te same plakaty ukochanych kapel i ta sama ukochana perkusja stojąca przy łóżku. Mała zapaliła lamplę, po czym usiadła na skraju lóżka. Była cała spocona, serce biło jej o wiele szybciej... ręce, ramiona okropnie ją bolały, prawa noga również, lewa zaczynała. Czuła się tak, jakby właśnie skończyła co najmniej siedmiogodzinną agresywną grę na perkusji. Tyle, że ona przez ostatnie siedem godzin cały czas spała. W dodatku ciężko oddychała. Na zegarku była trzecia siedemnaście. Spojrzała na szklankę stojąc obok niej: pusta. Dziewczyna wstała, wzięła ją po czym wyszła z pokoju kierując się w stronę kuchni. Odkręciła butelkę z wodą, nalała sobie i szybko wypiła chłodny płyn. Poczuła się trochę lepiej.
Weszła do salonu. Usiadła na kanapie i odpaliła telewizor. Włączyła natychmiast swoje ulubione kanały muzyczne. Była sama w domu.
Mama wyjechała na kolejną delegację do innego stanu. Tym razem nie za granicę, tak jak to zwykle bywało, więc mimo wszystko dziewczyna czuła, iż jej matka jest niedaleko. Miała wrócić za jakieś trzy, może cztery dni.
Natomiast Mike, jej ojciec, był w trasie dając kolejne koncerty z chłopakami z zespołu. Byli gdzieś na wschodzie kraju. Nowy Jork... te klimaty...
Po oglądnięciu teledysku Oasis „Wonderwall”, dziewczyna chwyciła za słuchawkę telefonu i wybrała numer telefonu ojca. Czuła się sama, samotna, chciała koniecznie z kimś pogadać. Nie. Nie z byle kim. Z nim.
Wybrała numer, zaczęła czekać na połączenie. Zastanawiała się, co mu powie. W jaki sposób. 'Hej, to znowu ja, nudzi mi się, znowu miałam ten cholerny koszmar, kiedy wracasz, co u ciebie?”. Banał. Ale i taki banał jest dobry.
-Halooo?- Mała usłyszała zaspany głos mężczyzny. Widać obudziła go.
-Cześć tato, to ja- powiedziała natychmiast. Ucieszyła się.
-Ooo... cześć...- głos ojca nadal brzmiał tak, jakby ten miał zaraz zasnąć ze słuchawką telefonu przy uchu.
-Spałeś?
-Nie no... co ty... jest trzecia w nocy...- usłyszała przyjacielski sarkazm. Dziewczyna zaśmiała się. Tęskniła za tym- Właśnie wróciłem do hotelu... coś się stało?
-Yyy... nic takiego... po prostu jestem sama, mama w delegacji wyjechała a ja nie mogę spać- szybko mu wytłumaczyła- W dodatku znowu miałam ten sam koszmar.
-Ten z koncertem i znikającą perkusją?- Mike ziewnął.
-Taaak...- skinęła głową- Już mnie szlag trafia.
-Nie przejmuj się tym. To tylko sen. One przemijają. Niemożliwe jest, by perkusja, taka kupa metalu w jednej sekundzie zniknęła... no, chyba, że...
-Chyba, że?- zdziwiła się.
-... chyba, że David Copperfield maczał w tym palce- dokończył.
-Copperfield?!- Mała usłyszała głos wujka Franka- Ten drań?! Ej, Helen!- ten zaczął się drzeć na odległość do słuchawki telefonu- Ten zasraniec też ciebie preśladuje w snach?! Nie damy mu się...!
-Zamknij się Tre, rozmawiam z córką, więc morda w kubeł jasne?- Dirnt się zdenerował- Boże, on jest znowu pijany...- zwrócił się do słuchawki- Znowu... przed chwilą udało nam się go razem z chłopakami położyć spać... A tutaj znowu to samo! Kurwa.
-Dobra, w takim razie ja nie przeszkadzam... pa...
-Pa. Zadzwonię rano.
-Mam nadzieję- rozłączyła się.
Siedziała na kanapie gapiąc się w ekran telewizora. Teraz leciały jakieś głupie reklamy, które mają denerwującą muzyczkę. Dzięki Bogu głos był maksymalnie wyciszony podczas rozmowy z ojcem. Zastanawiała się czy tylko ona nie śpi. Powtórnie chwyciła telefon. Szykbko wykręciła numer i już czekała na połączenie. Po chwili rozległ się zaspany głos chłopaka.
-Taaak?- wielkie ziewnięcie.
-Nie śpij, bo cię okradną, albo ci dziecko podrzucą- zaśmiała się w słuchawkę. Można było się spodziewać, że Travis się zacznie śmiać. I tak też było.
-Co jest grane, lepiej mi powiedz- zaczął- Jest trzecia... zaraz... jest po trzeciej w nocy, czyż ty zwariowała?
-Nie- rzuciła- Bo ja nigdy nie mówiłam, że jestem normalna. Mniejsza o to- ucięła- Masz ochotę na spacer? Za jakąś godzinę zacznie się już rozjaśniać.
-Hm? Teraz?- zdziwił się.
-Nie, jutro- zażartowała- Jasne, że teraz, a niby kiedy?
-Uhm... jutro?- było słychać, że chłopak siada na swoim łóżku- A tak w ogóle to dlaczego zadzwoniłaś do mnie? Hm? A nie do Kevin'a? Albo do mojego brata? Z resztą i tak nie znamy się za dobrze.
-Bo tylko ty jesteś chętny by skołować jakąś drakę- posumowała szybko- Słuchaj, idziemy gdzieś razem, czy też nie?
Zapadła cisza. Travis myślał.
-Okay- odezwał się po chwili- Za godzinę będę pod twoim domem.
-Nie!- prawie krzyknęła dziewczyna. Nie chciała by ten dowiedział się gdzie ona mieszka- Wiesz... ja przyjdę pod wasz dom. To ten, gdzie było przesłuchanie?
-Yyy... tak- powiedział- To jest tam. No to do zobaczenia. A, i nie martw się. Pies jest w domu- zaśmiał się.

*

Dziewczyna najpierw jechała autobusem a następnie przez domki jednorodzinne aż do numeru dwadzieścia siedem. Tym razem poszło to o wiele szybciej niż za pierwszym razem. Już nie było tak ciemno, zaczęło się rozjaśniać. We wszystkich domach było ciemno, zero jakiegokolwiek światła. Zazdrościła tym ludziom. Snu. Sama spać nie mogła.
W końcu doszła do domu Smith'ów. Przeszła przez furtkę, stanęła koło wysokiego drewnianego płotu, który oddziela ogródek przed domem od ogrodu. Po chwili usłyszała po drugiej stronie drapanie o drewno. Nie minęło siedem sekund a chłopak przeskoczył przez płot. Stanął przed Helen. Ale to nie był Travis. Był to Trevor.
-Joł ziom madafaka- zaśmiał się najmłodszy Smith.
-Yyy... cześć- zdziwiła się. Jego się nie spodziewała.
Lada chwila drapanie o drewno się potórzyło i już przed dziewczyną stał Travis.
-Postanowiłem wziąźć brata, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, hm?- uśmiechnął się.
-Jasne, że nie- odwzajemniła uśmiech.
-No to gdzie idziemy?- Trevor zaśmiał się łobuziarsko- Bo tak w ogóle to po pierwsze to ja jestem cholernie głodny.
-Czyli naszym pierwszym przystankiem będzie jedzenie?- podsumowała Helen- Jak dla mnie bomba.
Ruszyli w stronę przystanku autobusowego. Idąc jeszcze wtedy nie wiedzieli, iż pójdą na frytki i hot dog'i, i że będą uciekać przed ochroną za magazynami z piwem. Że poranek powitają w parku siedząc na pagórku popijając Coca Colą.

A przede wszystkim nie spodziewali się przyjaźni.




komentarze [3] | sobota, 14 lipica 2007 / 13:26:22 |

Drummer Heart 2 - What's My Agr Again? Blink 182.

Rozległ się najokropniejszy, najgorszy, najpaskudniejszy dźwięk jaki można usłyszeć. Helen słyszała go praktycznie codziennie o godzinie siódmej rano. Dziewczyna jedną ręką pacnęła budzik, który niesłychanie wył a w dodatku włączył jak zwykle radio. Udało jej się wyciszyć urządzenie i jak zwykle słyszała radiowego DJ'a zapowiadającego kolejny rockowy kawałek.
Młoda Cole doskonale wiedziała, że już nie zaśnie, więc usiadła na rogu łóżka, chwilę posiedziała by się pozbierać, po czym spojrzała na zegarek. Phi, czym ona się przejmuje? Jest dopiero szósta trzynaście! Rozejrzała się po pomieszczeniu.
Jej pokój był interesującym miejscem. Jej ukochana pierwsza perkusja stała niedaleko drewnianego łóżka, na półce którego stało radio z dosyć dużymi głośnikami. Dalej stało biurko, na którym były różne szkice, projekty gitar, perkusji.
Pod ścianami były płótna z jej malunkami. Następnie szafa z ubraniami, komoda oraz półka z ukochanymi płytami.
-Wita was DJ Stanley- usłyszała z głośników, które znajdowały się nad jej łóżkiem- Czeka nas piękny dzień, przy świetnej pogodzie i co ważniejsze, przy świetnym, mocnym rock'u. Jest godzina siódma czterdzieści i za jakieś dwadzieścia minut pierwsze informacje a potem The Used wchodzą jak co dzień, by powiedzieć „cześć” a potem puszczamy nowy singiel zespołu The Chrises „Fuck You All”.
Dziewczyna od razu, od chwili w której usłyszała, że jest godzina siódma czterdzieści rzuciła się w stronę łazienki by się umyć. Następnie w stronę swojej szafy. Cholera, jak się spóźni... cholera.
Założyła swoje pocięte jeansy, czarną bokserkę, na to oliwkową letnią kurtkę, do plecaka wrzuciła parę zeszytów i z dwie, trzy książki i pałeczki perkusyjne. Włożyła czarne buty po czym juz gnała ulicą odpalajac swojego dużego jak cegła odtwarzaca MP3.
Wyminęła jakąś babkę z zakupami, przebiegła na drugą stronę ulicy i wbiegła do pobliskiego parku, by jak najszybciej dobiec do szkoły. Jakaś para siedziała na kocyku, namiętnie się całując. Mała przebiegając koło nich klepła ich po kolei lekko w głowę tak, że ci się za nią odwrócili.
Wbiegła na alejkę wprost na rowerzystę. Ten ją wyminął i wpadł do jeziorka. Cole się nie zatrzymała. Mimo, że jej mama wyjechała w delegacji i miała wrócić dopiero za trzy dni jakoś nie marzyło jej się przynosić kolejnej uwagi za spóźnienie.
W końcu dobiegła do szkoły. Dopadła schodów, wbiegając po nich, przez główne wejście, puściła się szybko pędem przez główny korytarz i dopiegła do swojej klasy. Dosłownie do niej wpadła co wywołało niekontrolowany odruch siedzącej za biurkiem nauczycielki oraz uczniów. Wszyscy natychmiastowo podskoczyli.
-Na litość Boską, Cole- nauczycielka chwyciła się za serce- Co to ma znaczyć?
-Zdąrzyłam...?- dziewczyna tylko wysapała. Doskonale wiedziała, że kolejne spóźnienie może wywołać niechcianą lawinę kolejnych nie za miłych wydarzeń.
-Tak, siadaj na swoje miejsce- kobieta tylko spojrzała na nią- Nie mam ochoty na twoje tłumaczenia, które jak znam życie, będą jak z kosmosu.
-Nie, po prostu Dave Grohl* mnie zatrzymał- powiedziała poważnie Helen odwracając się i idąc w stronę swojej ławki. Jak zwykle usiadła na samym szarym końcu klasy, gdzie siedziały same dziwolągi, lesery oraz inna , ironicznie nazywana przez nauczycieli „ambitna” młodzież.
Wyciagnęła książkę oraz zeszyt, by udawać zainteresowaną lekcją, po czym odwróciła kartkę i zaczęła sobie coś rysować. Kochała szkicować, rysować, bazgrać. Jej ulubioną lekcją była sztuka: chodzili tam tylko niektórzy, zwłaszcza ci „nawiedzeni”. Uwielbiała farbą „upiększać” płótno. Miała nowy pomysł a lekcja sztuki miała odbyć się dopiero jutro. Serdecznie nienawidziła takich sytuacji.
Dostrzegła koło siebie siedzącego Travis'a. Był w podartych jeansach i dużej czarnej bokserce. Miał na sobie dużą czaną rozpinaną koszulę z kapturem. Na uszach były słuchawki od jego starego disckman'a. Potakiwał głową w rytm muzyki. Helen odgadła, że słucha sobie stare a zarazem pierwsze piosenki My Chemical Romance. Cole dostrzegła, że babka lada chwila go ukarze zabierając mu odtwarzacz płyt CD.
-Travis!- szepnęła- nerwowo spoglądając kątem oka na nauczycielkę- Travis!
Ten jednak nie słyszał a oczy miał zamknięte. Dziewczyna wzięła kartkę, zwinęła ją w kulkę po czym cisnęła nią w chłopaka. Ten spojrzał w jej stronę.
-Co do cholery...- zaczął, lecz Helen mu natychmiastowo przerwała.
-Trav, uważaj- syknęła w jego stronę.
-Że co..?- ale w tym samym momencie nauczycielka szybko zaczęła iść w jedo stronę. Chłopak szybko schował dickman'a do plecaka. Babka stanęła przed chłopakiem siedzącym przed Travis'em. Zaczęła się na niego wydzierać, ponieważ zauważyła jak ten, zamiast słuchać i notować coś sobie bazgrał na zeszycie. Dziewczyna wyobraziła sobie, że przecież to mogła być ona.
Rozległo się błogosławieństwo: dzwonek na przerwę. Wszyscy uczniowie zerwali się ze swoich miejsc by z pośpiechem wydostać się z lochów, jak to oni sami pieszczotliwie określali. Helen długo się nie zastanawiała. Chwyciła swój plecak chowając do niego zeszyt i coś do pisania po czym wyszła z klasy razem z resztą. Kiedy ta przechodziła koło męskiej toalety Travis ją dogonił.
-Hej!- delikatnie szturchnął ją łokciem- Wielkie dzięki, uratowałaś mi tyłek. Gdyby tym razem mnie dorwała nie byłoby za ciekawie. No wiesz- zaśmiał się- Rzymskie Koloseum, reszta lubi patrzeć się jak lwy pożerają ludzi. I coś mi się wydaje, że ta stara raszpra byłaby lwem a ja ofiarą.
-Nie ma sprawy- uśmiechnęła się- Ale mniejsza o to. Kiedy mamy pierwszą porządną próbę? Warto by było się rozglądnąć za jakimś koncertem, hm?
-Zaraz mam biologię i siędzę koło Kevin'a- zaczął tłumaczyć Travis- Spytam się go.
-Spoko- powiedziała dziewczyna zatrzymując się koło swojej ławki- Masz mój numer telefonu, pawda? Jakby co to wyślij mi sms'a, ja właśnie skończyłam zajęcia.
-Skończyłaś?- zdziwił się basista- Zaraz... przecież teraz miałaś pierwszą lekcję- zaśmiał się.
-Wiem, ale ja mówię, że na dzisiaj już koniec- wyszczerzyła swoje białe i równe zęby- No to do zobaczenia później, grzeczny chłopczyku, ktory właśnie idzie pisać kolejną pracę- wyśmiała go- Ej- spojrzała mu w oczy- A może znajdziemy resztę chłopaków i zrobimy sobie teraz próbę zespołu, hm?
-Teraz...?- zdziwił się- Wiesz co się stanie jak dyro nas nakryje?
-Nooo...?
-Będzie draka!- powiedział ostro. Jednak po chwili się zaśmiał- Ja się na to piszę! Za dziesięć, góra piętnaście minut na murku koło Carls Street. Travis rzucił się biegiem w stronę schodów na następne piętro by znaleźć resztę chłopaków a tymczasem Helen postanowiła już wyjść z budynku szkoły. Wyminęła dziewczyny siedzące na schodach przed budynkiem i ruszyła ulicą.
Po chwili siedziała już na murku czekając na resztę chłopaków. Wkrótce ich zobaczyła. Szli w jej stronę. Ale coś się nie zgadzało. Coś było nie tak. Dziewczyna to natychmiastowo wyczuła. Doszli do niej. Trevor miał wielkie zaczerwienienie koło twarzy i mokre włosy.
-Trevor, co ci się stało?- Cole zeskoczyła z murka i podeszła bliżej do gitarzysty. Była zaniepokojona.
-Nic- chłopak powiedział sucho- Chodźmy już stąd. Im szybciej pójdziemy, tym dłużej pogramy- podsumował całą sytuację.
Dziewczyna spojrzała na resztę zespołu. Nikt nie wiedział co się stało chłopakowi. Nawet Travis. Helen uznała, iż nie będzie się go o to wypytywać. Jeżeli zechce sam powie. Cała paczka ruszyła w stronę domu Smith'ów. Czekał ich wspaniały dzień.


____________________________________________________________________

*Dave Grohl – gitarzysta, wokalista zespołu Foo Fighters, który z resztą sam założył. Wcześniej grał na perkusji w NIRVANIE.



komentarze [3] | piątek, 13 lipica 2007 / 20:30:43 |

Drummer Heart 1 - So we started from the start...

dziękuję ci Kagato za natchnienie. Haush za te całonocne rozmowy. Jo za redrum i idiotyzmy w mieście. No i oczywiście Alex - za to, że jest jedną z tych niewielu co to czyta.

A teraz endżoj.
_________________________________________________


Kalifornijskie słońce było w iście idealnym położeniu. Dodawało niesamowitego klimatu a do tego dzień był piękny: nie za ciepły, al też nie za zimny. Wprost idealny.
Autobus amerykańskiej linii numer 182 właśnie podjeżdżał na przystanek autobusowy, tak, jak zawsze o godzinie trzeciej siedemnaście po południu. Jedni od razu zerwali się z miejsc, by wyjść na zewnątrz, inni zaś gotowi do wejścia na pokład pojazdu wpatrywali się w lada chwila otwierające się drzwi.
Ubrana w już lekko zdarte jeansy, oliwkową bokserkę, z kasztanowymi włosami i niebieskimi oczami weszła do autobusu bez większych problemów. Płacąc kierowcy poszła dalej, by zając jej ulubione miejsce – na samym końcu, po prawej stronie przy oknie. Kiedy tylko usiadła „odpaliła” swojego dużego jak cegła odtwarzacza MP3, którego uwielbiała. Miał aż 20GB. Tak więc, zawsze miała czego słuchać. Spojrzała w okno, by zobaczyć co jej po drugiej stronie szyby, wsłuchując się uważnie w lecące utwory zespołu Box Car Racer.
Na rękach miała różne branzoletki, które w mniejszej częsci zrobiła sama. Na szyi wisiała czarna kostka gitarowa, która dodawała jej pewności siebie. Uwielbiała ją.
Spod spodni bezproblemowo wystawały brązowe buty, które kupiła sobie w Europie podczas letnich wakacji. Z pleców zdjęła czarno-szary plecak, w której był jej ulubiony przedmiot. Pełczki perkusyjne firmy Zildjian. Najlepszej firmy na świecie.
Autobus ruszył prawie natychmiast i już gnał po prostej jezdni, w stronę kolejnych przystanków. Dzięki Bogu nie było korków. Jak na razie.
Dziewczyna nazywała się Helen Cole. Miała szesnaście lat już za sobą, teraz czekała na siedemnaste urodziny. Aż tak bardzo się nie zmieniła: nadal była nadpobudliwa. Śmiała się, że cierpi na ADHD. Nienawidziła kłmastw, udawania, sztuczności. Była bardzo otwartą osobą, która wprost mówiła o co jej chodzi. Jednak czasami lubiła być sama, sama ze swoim iPod'em, pałeczkiami do perkusji, gitarą basową, czy elektrykiem a wieczorami ze swoją perkusją, która jest umieszkoczna w jej pokoju.
Wydaje się, że wydoroślała. Ale nie do końca. Nadal była dzieciakiem, wielkim dzieciakiem, leniuchem, lubiła od czasu do czasu „pleść” herezje na lekcjach, by później ze śmiechem obserować reakcję nauczyciela prowadzącego zajęcia. A mimo to była inna. Inna niż wtedy, kiedy wszystkie problemy były o wiele łatwiejsze niż teraz. No cóż, czasu oszukać się nie da, trzeba żyć dalej. Nie. Nie trzeba. Ale ona chce żyć dalej.
Spojrzała na zegarek. Trzecia dwadzieścia siedem. Zdąrzy bez problemu. Właśnie jechała na casting, który miał odbyć się w jednym z garażów na jakimś osiedlu. Jeden zespół potrzebował perkusisty, jak to ona przeczytała w ogłoszeniu wywieszonym za szybą jednego z mniej znanych sklepów muzycznych w mieście. Postanowiła pójść i spróbować. Wiedziała, że na samym początku wytrzeszczą oczy. Nie na co dzień spotyka się dziewczynę grającą na perkusji. Perkusistkę.
Dojeżdżała do osiedla domków jednorodzinnych. Nie wyglądały zachęcająco, ale co tam. Można spróbować. Szczerze mówiąc nie oczekiwała niczego więcej. Bierze to, co się nadarzy, a, że jest okazja to warto ją wykorzystać. Wstała, założyła plecak na plecy i już szła wąskim korytarzem autobusu prosto do wyjścia. Nacisnęła guzik, a kierowca się natychmiast zatrzymał zjeżdżając na bok. Wyszła z pojazdu na ostatnich stopniach skacząc. Zatrzymała się a autobus ruszył dalej. Dziewczyna się rozejżała. Po chwili ruszyła przed siebie. Wyciągnęła z głównej kieszeni płaskiego plecaka poskładaną zieloną kartkę, którą zerwała z okna muzycznego, na którym była przyklejona. Spojrzała na adres, po czym zerknęła na najbliższy budynek. Numer dwa. A tutaj jest dwadzieścia siedem. Czyli ma trochę do przejścia. Dwadzieścia pięć domów.

*

W końcu doszła do domu numer dwadzieścia siedem. Nie wyglądał aż tak źle, w porówbaniu z innymi domami, ale też nie był żadną jakąś tam wielką pięknością, ani tym bardziej dziełem architektury. Nie wiele się zastanawiając otworzyła furtkę i przeszła przez jej prób zamykając ją za sobą. Roślinność, która „kwitła” po bokach, wyglądała tak jakby ktoś o niej już dawno temu zapomniał w odległej galaktyce.
Po chwili usłyszała za sobą dyszenie. Dyszenie psa. Odwróciła się. Za nią stał wielki, wypasiony owczarej niemiecki z wielkim łbem. Nie wyglądał na zadowolonego. Ale też nie pokazał jeszcze swoich zębów. Jeszcze. Helen bardzo powoli zaczęła iść w stronę drzwi domu. E-e. Zły pomysł. Bardzo zły pomysł. Pies rzucił się w stronę Cole, a ta natychmiast zerwała się do ucieczki w stronę drewnianego płotu, który odgradzał mały ogrodek od ogrodu. Skoczyła jak opażona, łokciami operała się o kant drewna, przerzucając jedną nogę na drugą stronę. Pies podskoczył i w tym momencie dziewczyna przetoczyła się na stronę ogródka. Słyszała jak zwierzak drapał pazurami o stare drewno.
Leżała na zielonym przystrzyżonym trawniku ciężko oddychając. No tak. Mogła się czegoś takiego spodziewać. Walki z wielkim zwierzakiem, ucieczki, przeskakiwania przez płoty, leżenie na ziemi...
-Kim jesteś?- usłyszała nad sobą głos jakiegoś chłopaka. Od razu się zerwała z trawnika, otrzepując przy tym swoje spodnie. Przed nią stał dosyć wysoki chłopak z kruczo czarnymi włosami, które były niesamowicie rozczochrane. Swoimi czarnymi oczami bacznie obserowował dziewczynę. Miał na sobie spodnie tak zwane „trzy czwarte”, które kończyły się za kolanem. Czarna koszulka z białym napisem nie mówiła zbyt wiele. Był to raczej jakiś bełkot niż informacja.
-Helen Cole- przedstawiła się- Zobaczyłam wasze ogłoszenie- pokazała mu kartkę- I postanowiłam przyjść. Podobno potrzebujecie perkusisty.
Chłopak nadal się na nią patrzył.
-Grasz na perkusji?- spytał się. Wcale nie miał, aż tak zdziwionej miny- W takim razie zapraszam do garażu- ruszyli w stronę wejścia do domu, by przez budynek przejść do garażu. Chłopak otwierając jej drzwi (jaki dżentelmen) chciał podtrzymać rozmowę- Długo?
Dziewczyna poczuła ulgę, że ten nie zaczął się dopytywać, czy to nie jest czasem jakiś tam głupi żart czy coś w tym stylu.
-Gram od jakiś dobrych sześciu lat- zaczęła tłumaczyć- W sumie to nie liczę.
Weszli do garażu. Było tam pełno „gratów”. Jakieś stare opony, niezbędne i zbędne rzeczy, które miały pomagać w utrzymywaniu czystości na terenie ogrodu. Pod ścianą była duża kanapa oraz fotel. Dalej wielki wzmacniacz i stara perkusja.
Na samym środku stało trzech chłopaków. Trzymali w rękach gitary.
-To jest John- pokazał chłopaka trzymającego w rękach gitarę elektryczną. Miał brązowe włosy, szare oczy i wieczny uśmiech na twarzy. Ubrany w czerwoną flanelową koszulę i podarte jeansy pomachał do niej- Trevor i Travis Smith'owie- daj bracia cholernie podobni do siebie.
Travis był starszy od Trevor'a o dwa lata. Mimo wszystko dogadywali się świetnie. Trevor miał na sobie jeansy i czarną bokserkę natomiast Travis był bez koszuli, tylko w spodniach trzy czwarte i trampkach. Widać, że ćwiczy nad sobą. W rękach trzymał gitarę basową- A ja jestem Kevin Beankley- przedstawił się oprowadzający- Siadaj, najpierw pogadamy.
Usiedli, podali jej zimną Coca Colę z lodówki znajdującej się w garażu.
-Czyli grasz jakieś dobre sześć lat...- powtórzył Kevin biorąc łyk zimnego napoju i wpatrując się uważnie w dziewczynę- Długo. Większość poddaje się już po paru miesiącach.
-Na czym grasz?- spytał się Trevor odstawiając puszkę Coca Coli.
-Gram na perkusji YAMAHA, model Travis'a Barker'a, ale lekko przerobiony- zaczęła im tłumaczyć- Wcześniej grałam na modelu perkusisty z Green Day'a, Tre Cool'a. Talerze firmy Zildjian z nowej edycji, podobno są lepsze, dają mocniejszy efekt.
-Masz YAMAHA i Zildjian'a?- John spojrzał na nią- Bez kitu?
-Bez kitu- zapewniła go.
Chłopaki nie potrafili w to uwierzyć. Chcieli się przekonać czy jest dobra. Zaprosili ją do perkusji. Dziewczyna podeszła do sprzętu.
-Masz pałeczki?- zagadał Travis chcąc się upewnić, czy nie potrzebuje ich.
-Jasne- odrzekła wyciągając z plecaka swoje pałeczki perkusyjne i usiadła za perkusją. Uderzyła w pierwszy talerz, zaczęła profesjonalnie bębnić po werblach by się rozgrzać i co ważne rozgrzać sprzęt muzyczny. Zrobiła to z parę razy.
-Dobra, zagram „I'm Feeling This” Blink'a 182...- powiedziała.
Zaczęła uderzać w werbel, wybijając sobie przy tym rytm stópką w główny kocioł. Już po chwili zaczęła grać. Na początku bała się, ze rozwali perkusję. Zaczęła dawać szybką solówkę, taką, jaką daje Travis Barker. Potem znowu refren, następnie wejście do punku kulminacyjnego, gdzie mogła zwolnić zgodnie z perkusją w utworze. Chwilę się zatrzymała, ponieważ w punkcie kulminacyjnym brały udział gitary i po chwili zaczęła dawać czadu. Szybka perkusja, solówka, po której szczęki chłopaków znalazły się na ziemi.
-O kurwa- powiedział Travis. Nie potrafili się jeszcze po tym pozbierać.
-To może teraz coś razem?- zaproponował Kevin biorąc do rąk gitarę. Był cholernie ciekawy jak poradzi sobie perkusista w akcji.
-Czemu nie- uśmiechnęła się przebiegle- Co zagramy?
-”First Date”?- zaproponował Trevor, który już podłączał się do wzmacniacza.
Solówka perkusjki na samym początku, wejście gitary i basa. Trevor i Travis faktycznie byli braćmi. Nie trzeba by było na to robić żadnych testów DNA czy czegoś w tym stylu. Skakali z gitarami jak prawdziwi zawodowcy. Do tego wokal Kevin'a, ktory idealnie śpiewał. Prawie jak DeLonge*.
Skończyli grać. Dziewczyna wyszła zza perkusji. Wtedy Travis dostrzegł coś, na co nikt inny w ponieszczeniu nie zwrócił uwagi.
-”Mała”?- przeczytał z pałeczek perkusyjnych. Napis znajdował się tuż przy firmowym napisie pałeczek „Zildjian”- Masz własną linię?
Helen poczuła się zmieszana. W jednej sekundzie poczuła się zła na samą siebie. Dlaczego nie wzięła jakiś zwykłych? Teraz zaczął się pytania, skąd, dlaczego i jak... cholera no...
-Eeee... - dziewczyna nie wiedziała co ma powiedzieć. W końcu w jej umyśle pojawił się pomysł- Jest taka linia pałeczek Zildjian'a o wiele tańsza- zaczęła im tłumaczyć- Trafiłam na to kiedyś i postanowiłam sobie wykupić cały komplet... ej, a tak wogóle to jak nazywa się wasz zespół?- postanowiła jak najszybciej zmienić temat rozmowy- Hm?
-Dark Slide Project '96- powiedział Trevor- Kiedyś któryś z nas wymyślił coś takiego i zaczęła się na to cała faza...
Nikt już nie poruszył tematu dotyczącego pałeczek perkusyjnych Cole. Dziewczyna z tego powodu ucieszyła się w głębi ducha. Nie chciała by ktokolwiek z nich się domyśl kim dziewczyna jest. Posiedziała jeszcze jakiś czas w garażu rozmawiając na temat muzyki, instromentów a przy tym popijając zimną Coca Colę.
Kiedy wracała autobusem do domu uśmiechała się lekko pod nosem słuchając +44. Udało jej się bez problemów... z resztą, gdyby nie dostała się do Dark Slide Project '96 nie płakała by nad tym. Ale jednak coś sprawiało, że samotny powrót do domu był lżejszy niż zwykle. I bynajmniej nie była to sprawka muzyki wydobywającej się ze słuchawek odtwarzacza MP3. Nie tym razem.

__________________________
*Thomas DeLonge - gitarzysta oraz wokalista zespołu Blink 182. Obecnie gra w Angels And Airwaves, założonym przez siebie zespole.



komentarze [4] | piątek, 13 lipica 2007 / 14:39:28 |

Pierwsze urodziny.

Green Day Fuck dzisiaj obchodzi swoje pierwsze urodziny. Tego oto dnia, rok temu taka jedna pojebana dziewczyna postanowiła napisać własne opowiadanie na temat tegoż oto cudownego zespołu. Reszty wam dopowiadać nie muszę - sami ją znacie.

Są to pierwsze urodziny i mam szczerą nadzieję, że nie ostatnie.





komentarze [1] | piątek, 25 maja 2007 / 22:48:53 |

So Sorry, It's Over.

Wszyscy kiedyś kończymy to, co zaczęliśmy. Ja mimo wszystko tego opowiadania nie zakończyłam.
Nadal pamiętam jego motto: "widok śpiącego ciebie mnie uspokaja". Ileż to ja bym oddała, by znowu pisać tak jak kiedyś. Nie wszyło, nie udało się, poległam. A może zwyciężyłam. Nie możemy zawsze dostawać tego czego chcemy.
Dziękuję wszystkim tym, którzy to opowiadanie czytali, komentowali. Tym, którzy odnaleźli w nim siebie a także i mnie. Dziękuję wam wszystkim za to bycie przy mnie.
Minęły cztery miesiące a mimo wszystko nic nie udało mi się porządnego napisać. Wszystko straciło swój sens.
Może jeszcze kiedyś wrócę może.

Póki co, Green Day Fuck niczym Blink 182 zawiesza swoją działalność. Aż do odwołania.



komentarze [5] | piątek, 13 kwietnia 2007 / 21:16:52 |

Green Day 47: "Porażka".

Żeby Majkowa mnie już nie terroryzowała o nową notkę! No!
Ale i tak cię kocham siostrzyczko ^^
Ostatnia w tym roku? Być może. Ale kto mnie zna ten wie, iż nie powinien być niczego pewien.

Życzę miłej lektury (albo RZyczę jakby co ;p ).

__________________________________________________


Za minutę miała być trzecia w nocy. Helen Cole przewróciła się na drugi bok. Nie potrafiła spać. Czuła się tak jakby nadal był dzień. W jej żyłach razem z krwią płynęła czysta energia do działania. Mała mimo, iż chciała spać nie potrafiła. Czegoś jej brakowało. Albo raczej kogoś. Spojrzała smutnie na perkusję stojącą niedaleko łóżka. Kotły i werble firmy Yamaha, talerze i pałeczki perkusyjne najlepszej firmy na świecie - Zildjian'a. Marzenie każdego początkującego perkusisty. Katalog z gitarami leżał na nocnym stoliku. Przejżała go już miliard razy, znała na pamięć każdy opis, każdej gitary na każdej stronie. Jeszcze sobie nie wybrała instrumentu, nie chciała się śpieszyć. Miała zamiar spytać się o radę jego. A on wyjechał w trasę, która miała trwać z dwa tygodnie.
Chciała wstać, usiąść za perkusją, chwycić pałeczki w dłonie i zacząć grać na całego, by obudzić wszystkich dookoła. Bez celu. Ot tak. A nie. Jednak był cel. Może on by ją usłyszał?
Akurat, pomyślała gorzko Helen, On jest daleko stąd, zapewne świetnie się bawi w trasie...
Usiadła na łóżku a ręce zaczęły jej latać po kolanach. Wystukiwała sobie rytm, który ona sama wymyśliła. Prosty, ba, można by było rzecz, iż banalny, ale jednak było w nim coś charakterystycznego oraz oryginalnego. Wstała gwałtownie po czym zaczęła chodzić nerwowo po pokoju mijając perkusję, biurko a krzesło, na którym leżało jej ubranie.
Czuła się sama.

*

-Dobra, idę po sprzęt- Mike oddzielił się od grupki przyjaciół i ruszył w stronę całego składowiska ich rzeczy. Tre Cool oraz BJ nadal śmiali się z Ronnie'em oraz White'em. Ktoś powiedział dosyć ciekawy dowcip no i oczywiście panowie musieli obgadać całkowicie ten temat. Dirnt wolał spradzić, czy z jego basami wszystko jest w porządku.
Koncert się miał odbyć następnego dnia, ale chłopaki traktowali swoją pracę jako zabawę, więc przedłużyli sobie próbę generalną. Oczywiście musieli trochę poczekać, aż Frank się uspokoi podczas grania "She". Nie wiadomo co mu się stało, nagle zaczął robić głupie miny, grać inną tonację... po prostu mu odbiło. Ale, że też pozostali mieli dobre humory postanowili to sobie przerobić. W efekcie końcowym nikt nie rozpoznał tego utworu. Ani słuchacze, którzy pomagali przy próbie generalnej ani sami muzycy.
Basista doszedł do całego składowiska. Od razu zobaczył czarne walizki z napisem "GREEN DAY", w których bezpiecznie były umieszczone instrumenty. Chciał poprawić jedną z walizek, była dziwacznie ustawiona.
-Hej ty!- nagle rozległ się bardzo stanowczy damski głos- Zostaw to!
Mike bardzo powoli się odwrócił, by spojrzeć owej osobie w oczy. Zrobił to za późno. Po chwili poczuł jak ktoś łapie go za nadgarstek i wygina w bardzo dziwny sposób, lecz fachowo. Dirnt, chcąc uniknąć złamiania sobie części ciała obrócił się tak, jak napastnik tego chciał. Mężczyzna uderzył twarzą o walizki, które się zachwiały. Jednak to nie był jeszcze koniec. Kobieta dała mu solidnego kopniaka "z glana" w tył nogi tak, że kolano samu się pod nim ugięło. Muzyk jeszcze bardziej zarył twarzą o czarne pudła.
-Kurwa!- wrzasnął- Co jest grane, no?!
Nic nie rozumiał z tej sytuacji. Nie minęła chwila a panowie z Green Day'a przybiegli na odsiecz przyjacielowi. Byli zszokowani nie mniej niż sama ofiara całego zamieszania.
-Co się tutaj do cholery dzieje?- Tre nie wytrzymał. Nie wiedział czy ma się śmiać, czy płakać. Jakaś dzieczyna trzymała Mike'a schwytanego w iście żałosny sposób.
Była ubrana raczej na czarno. Na jej szyi wisiała plakieta z napisem "szef ochrony". Kasztanowe falujące włosy sięgały jej mniej więcej do ramion a szare sprytne i czuje oczy były gotowe do wykrycia najmniejszego błędu.
-Ricky Valentine- przedstawiła się- Szef ochrony. Ten gnojek dopierał się do waszego sprzętu. Podejżewam, że chciał sobie coś podebrać.
Mówiąc słowo "podebrać" bardziej go przycisnęła do walizek. Ten cicho jęknął, po czym padło kolejne "kurwa" z jego ust. Tre miał wielką ochotę zapytac się "gdzie", ale udało mu się powstrzymać.
-Ten "gnojek"- zaczął Armstrong- To Mike Dirnt, basista. I wydaje mi się, iż go to trochę boli...
W oczach Valentine pojawiło się coś dziwnego. Nie wstyd, czy coś w tym rodzaju, ale dostrzeżenie swojego błędu. Spojrzała na schwytanego Dirnt'a.
-To jest wasz basista?- spytała się spoglądając na nich.
-Ano, tak- powiedział White.
-Jesteście pewni?- Valentine nie dawała za wygraną. Jeszcze nigdy się nie pomyliła.
-Yyy...- gitarzysta patrzył się raz na schwytanego przyjaciela a raz na kobietę w czerni- Znam go od szesnastu lat... i raczej tak, to jest Mike.
Porażka.
W końcu go puściła. Basista poczuł natychmiastową ulgę. Nie wiedział jednak czy ma zacząć od sprawdzenia sobie nogi, czy nadgarstka. Zaczął rozmasowywać sobie nadgarstek.
-Bardzo pana przepraszam- natychmiast przeprosiła. Było jej głupio. Cholernie głupio- Nie miał pan certyfikatu, nie wiedziałam...
-Nic się nie stało- powiedział od razu. Spojrzał jej w oczy. Czuł się jeszcze gorzej niż ona. Że też jakaś baba go rozłożyła praktycznie na łopatki. Ale ona działała zza skoczenia a on nie miał w takim układzie najmniejszych szans- Nic mi nie jest... teraz będę pamiętać o certyfikacie.
Po chwili rozległo się dzwonienie jakiejś komórki. Valentine natychmiast odebrała.
-Tak?- przyłożyła sobie komórkę do ucha- Gdzie? Teraz? Dobra... zaraz tam będę... powiedźcie im, żeby czekali... dobra- rozłączyła się- Jeszcze raz bardzo przepraszam... muszę iść.
I nie czekając, aż którykolwiek z panów coś powie odeszła w stronę wyjścia pozostawiając mężczyzn z dziwnym stanem ducha a szczególnie jednego.



komentarze [14] | sobota, 30 grudnia 2006 / 03:44:13 |

Green Day 46: "urodziny".

Z dedykacją dla Tre Cool'a największego szalonego perkusisty (zaraz po mnie ;p).
STO LAT!

_____________________________________________

Najpierw usłyszała gdzieś w oddali muzykę. Rockowe kawałki oraz głos przezentera z radia, który mówił, która jest właśnie godzina. Helen obudziła się, ale nie otworzyła oczu. Doskonale wiedziała, że jest już dziesiąta rano a radio się samo włączyło w postaci budzika. Przez jakiś czas leżała sobie w łóżku słuchając muzyki, ale w końcu nadeszła chwila, w czasie której musiała już wstać.
Wkroczyła do kuchnii, gdzie Kate siedziała i piła poranną kawę czytając przy tym gazetę.
-O- zobaczyła córkę- Spójrzcie kto wstał- zaśmiała się biorąc kolejny łyk napoju- Właśnie miałam cię obudzić.
-Dlaczego chciałaś być dla mnie taka bez serca?- Mała usiadła po drugiej stronie stołu. Chwyciła miskę oraz pudełko płatków śniadaniowych po czym zaczęła jeść śniadanie.
-Ponieważ dzwonił do mnie Mike...- zaczęła- To znaczy wujek Mike- poprawiła się natychmiast- I z okazji urodzin chciał cię gdzieś zabrać- uśmiechnęła się.
Młodsza Cole zastygła. Ano tak! Przecież dzisiaj są jej dziesiąte urodziny! Jak mogła o tym zapomnieć? W końcu wszystkie dzieciaki z niecierpliwością wyczekują tego dnia, w którym dostają masę perzentów i wogóle... a ona? A ona nie.
-A gdzie mnie zabiera wujek Mike?- zaciekawiła się- Spędzę z nim cały dzień? Yeah!- krzyknęła nie czekając nawet na odpowiedź mamy. Widziała ten jej błysk w oku- Kiedy przyjedzie?
-Za jakąś godzinę- tak się uśmiechnęła.
Mała natychmiast pobiegła do swojego pokoju by się ubrać. Czeka ją przyjemny dzień zdala od całego tego zgiełku.

*

-Dokąd jedziemy, wujku?- Mała nie potrafiła się doczekać. Jadą gdzieś spędzić cały dzień z daleka od domu.
-Zobaczysz- Dirnt się zaśmiał- Tak się, że nie tylko ty masz dzisiaj urodziny. Jeszcze jedna, pewna osoba obchodzi dzisiaj swoje święto.
-Naprawdę?- zaciekawiła się- A kto to taki? Znam tę osobę?
-Tak, znasz. Ostatnio przegrała z tobą...
-WUJEK TRE?!- Mała niie wytrzymała- WOW! A ja nie mam dla niego żadnego prezentu...
-Dlatego najpierw jedziemy do centrum handlowego- zaczął jej tłumaczyć- A potem jedziemy do Cool'a.
Dojechali do centrum handlowego, zaparkowali samochód i już po niecałych trzech minutach byli w środku szukając czegoś dobrego dla szalonego perkusisity. Najpierw byli w sklepie muzycznym, ale doszli do wniosku, iż on, jako znany już teraz perkusista może mieć wszystko czego chce.
Potem poszli do sklepu z muzyka. Helen znalazła od razu coś dla niego: specjalne wydanie na DVD zespołu Ramones.
-Tre kocha ten zespół- podsuował basista. Tak więc kupili mu wydanie DVD a także flagę z ów zespołem. Zapakowali to po czym ruszyli do studia nagraniowego, gdzie mieli spędzić większość dnia zanim wybiorą się na imprezę alkoholową.
Wchodząc do studia od razu rzucił im się w oczy wspaniały sprzęd. Gtary od Fender'a, piękne basówki a także trzy potężne perkusje.
-No, jesteście nareszcie!- Tre wstał by ich powitać- Co tak długo?- zaśmiał się.
-Proszę- Dirnt i Mała wręczyli mu preznet- To dla ciebie.
-Sami wybieraliśmy- Helen wyszczerzyła zęby.
Tre otowczył prezent.
-Yeah, The Ramones!- ucieszył się jak małe dziecko (przecież nadal nim jest ;p .dop. mój)- Tego się nie spodziewałem! Dzięki!- uściskał ich.
W studiu byli wszyscy: obaj Jason'owie, Ronnie, BJ... wszyscy.
Zaczęła się rozmowa na temat muzyki. Na początku nie wtajmeniczeni w osboę Helen myśleli, że dzieczynka będzie się nudzić, ale okazało się, iż byla ona jedną z tych, którzy najczęście zabierali głos. Omówili wszystkie tematy.
-No dobra, ale w końcu nie tylko Tre ma dzisiaj urodziny- w końcu rozmowę przerwał Mike- Sto lat Heleln, ten prezent jest od nas wszystkich, od całego zespołu- wyciagnął jej jakieś podłużne pudełko.
Mała poczuła wielką ciekawość. Otworzyła pudełko. Były tam dwie pałeczki do perkusji, ale nie byle jakie. Były z zieloną sygnaturką, która głosiła napis "Mała".
-Co to...- młodsza Cole nie miała pojęcia o co chodzi.
-Zamówiliśmy do ciebie całą serię pałeczek do perkusji od Zildjiana- zaczął tłumaczyć BJ.
-Są specjalnie dla ciebie- dokończył za niego Tre Cool.
Helen nie potrafiła w to wuierzyć. Właśnie trzymała w rękach pałeczki do perkusji z jej... no właśnie. Z czym? "Mała"? Jej nowy nick? Podobało jej się i to bardzo.
-Sto lat- podsumował wszystko White.

*

Helen wróciła do domu. Od razu pochwaliła się mamie co dostała. Pożegnała się z wujkiem i pobiegła do swojego pokoju. Mike rozmawiał jeszcze chwilkę z Kate po czym też wyszedł.
Starsza Cole weszła do pokoju swojej córki.
-A oto prezent ode mnie- uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej jakąś torbę- Powinno ci się spodobać.
Mała wzięła prezent i wyciągnęła z niego... katalog.
-Wybierz sobie jakąś gitarę, taką, jaką chcesz- Cole wiedziała co dla Małej będzie najlepsze.
Tę noc Helen spędziła na wybieraniu gitary. Natomiast Mike i reszta Green Day'a na piciu alkoholu, impreznowaniu oraz rozmawianiu o sprawach, których rano nie będzie już pamiętam, ale z pewnością nie zapomni bólu głowy oraz dziwnego smaku w ustach.



komentarze [12] | sobota, 9 grudnia 2006 / 15:44:53 |

"Coś" i gej.

-WOW- Helen wytrzeszczyła oczy. Znalazła się w wielkim pomieszczeniu, pełnym instrumentów, sentyzatorów, komputerów, które powszechnie nazywa się studiem nagraniowym (nie komputery, tylko pomieszczenie ;p ). Nie potrafiła w to uwierzyć. Oto ona, Helen Cole, największe dziecko z ADHD stało teraz pomiędzy czterema ścianami, a ze wsząd została osaczona instrumentami, nie dodając już o fakcie, że jej wujkiem jest sam Mike Dirnt!
-I jak?- zagadał do niej basista- Podoba ci się?
-Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś tak cudownego...- nadal wpatrywała się w otaczające jej miejsce- Jezu, wujku, dziękuję ci! Dziękuję ci, że mnie tutaj zabrałeś!- rzuciła się mu w ramiona.
Mike na początku nie wiedział co ma zrobić. Było mu przyjemnie widzieć, że ktoś go docenił. Bardzo chciał powiedzieć jej, że jest jego ukochaną córeczką... ale nie mógł.
-Chcę teraz, byś poznała moich... przyjaciół- nie wiedział jak można określić bandę zjebów,
-Chcesz powiedzieć... resztę Green Day'a?- mała nie potrafiła w to uwierzyć- Naprawdę?
Basista się uśmiechnął pod nosem. Po niecałych dziesięciu minutach mała już znała wszystkich, zaczęła z nimi luźno rozmawiać o muzyce, instrumentach, wyższości Gibsona nad Epifonem, ale, że i tak całe królestwo muzyki należy do Fender'a. I wszystko było dobrze dopóki Tre nie zażartował. A co z tego wynikło? Chwilę później Frank siedział z Helen z kartami i grali o... "coś". Zasady były proste: ten kto wygra w pokera dostaje "coś". To "coś" jest jakaś rzeczą należącą do drugiej osoby. Ten kto wygrywa może sobie coś wybrać.
Tak więc zaczęła się gra. Ostra, agresywna i...
-Tre, nie oszukuj!- BJ się zaśmiał.
-Nie oszukuję, zamknij się zjebie!- Cool był poddenerwowany, bo nie szło mu za dobrze. Nie chodziło o to, że może coś stracić, ale o to, że przegra z jakąś małą smarkulą.
Niecałe trzy sekudny po tym stwierdzieniu mała powiedziała:
-Coś mi się wydaje, że wygrałam- zaśmiała się.
-Dobra, w takim razie co chcesz?- szalony perkusista nie owijał w bawełnę.
-Coś.

*

-Mamo, ale nie będziesz zła?- Helen szła z matką do pokoju małej. Starsza Cole otworzyła drzwi.
-O nie!- Kate stanęła w drzwiach pokoju- Nie ma mowy! Nie zgadzam się!
-Ale mamo... prrroooszę...
W samym środku pokoju Helen Cole stała... perkusja. I to nie pyle jaka perkusja.
-Wygrałam ją... proszę...
Kate poszła do salonu, gdzie siedział Mike i pił kawę. Zobaczywszy starszą Cole zdenerwowaną od razu pomyślał "cholera, nie jest dobrze".
-Zabierasz ją na cąły dzień z pałeczkami do perkusji- zaczęła- A wracacie mi tutaj z całą perkusją!
Zapadła cisza.
-No i...?- basista nie rozumiał o co chodzi. I co z tego?
-Wiesz, że teraz mogę się pożegnać ze świętym spokojem...?
-Heh, wyobraź sobie, że ja większość życia spędziłem z Tre..
-Wujku Mike, jesteś gejem?- teraz mała podjęła dyskusję- Ale super!- natychmiast pobiegła do swojego pokoju- Gej!
-Kurwa...- Dirnt opadł na kanapie. Jeszcze mu tylko tego brakowało. Kate zaczęła się śmiać. Mężczyzna miał twarz ukrytą w dłoniach. Po chwili spojrzął na nią przez szparę między palców i też zaczął się śmiać.
-Nie wiedziałam, że jesteś gejem- Cole zaczęła się dusić ze śmiechu.
-Wiesz co?- muzyk uśmiechnął się szeroko- Ja też tego nie wiedziałem.




komentarze [9] | niedziela, 19 listopada 2006 / 20:50:19 |




{Drummers}


maczos-muczaczos-greenitos


Jakby kto pytał, to szablon wykonała ofc Majkowa, bo kto inny.
Fotka talerzy Zildjian'a skombinowana z DeviantArt.Com